Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fakir. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fakir. Pokaż wszystkie posty

niedziela, kwietnia 28, 2013

Kłaki

Dziś w stajni było dosyć błotniście, więc postanowiłam skupić się na przygotowaniu konia do warsztatów - ma się prezentować jak szlachetny arab, a nie przybrudzony mamut :P Niestety na kąpiel było za zimno, więc poprzestałam na wyczesywaniu sierści. Uzbierałam pełen kubeł kłaków - nie przesadzam. Później poszliśmy na spacer, na którym Dżamal podgryzał sobie świeżą trawkę. Po powrocie od stajni pobawiliśmy się chwilę w chodzenie po przerażających wycieraczkach, które ktoś rozłożył na zewnątrz :) A w środę przyjeżdżam i zostaję aż do 5 maja - już się nie mogę doczekać warsztatów!







piątek, marca 20, 2009

Zaliczenie L1

Byłam dziś u Fakira, żeby nagrać wreszcie film na zaliczenie L1 On line. Poprzednie nagranie okazało się niewłaściwe, ponieważ nie zawierało wymaganych elementów. Dlatego postanowiłam w końcu zapisać się do Savvy Club (mam nadzieję, że przez to nie zbankrutuję przy obecnym kursie dolara...). Musze powiedzieć, że mimo pewnego sceptycyzmu na początku, jestem bardzo zadowolona z tej decyzji. Na stronie jest masa materiałów, mogłoby być ich jeszcze więcej, zwłaszcza w temacie koniobowości, ale to i tak długie godziny oglądania i czytania. Można do każdego filmiku wracac po kilka razy, analizować, komentarze Lindy do pokazów Pata dały mi dużo do myślenia. Zresztą to działa na mnie jak motywator, zawsze jak obejrzę nowy filmik albo poczytam nowy artykuł, to czuję w sobie masę zapału, żeby się pobawić z koniem i wypróbować nowe idee oraz pomysły.

W każdym razie pojechałam dziś do Fakira. Na początku wszystko szło źle. Okazało się, że konie dostają paszę o 12, a nie o 13, jak myślałam, więc jak podeszłam do boksu, to zobaczyłam położone uszy i minę Fakira: "Odejdź od mojego jedzenia, bo marnie skończysz." Dodam, że on i jego koleżanka z boksu obok cały czas się straszyli i próbowali kopnąć przez ścianę. Poszłam więc się przebrać, a potem na halę, żeby wszystko przygotować. Okazało się, że 2 osoby lonżują tam konie, a wg. regulminu mogą być lonżowane tylko dwa na raz, więc nie ma dla mnie miejsca... Postanowiłam się nie załamywać, ustawiłam przeszkody do robienia ósemki (używam do tego postawionych pionowo plastykowych iksów pod cavaletti) i poszłam po konia. W międzyczasie skończył jeść, więc zastałam "uśmiechniętego", chętnego do zabawy Fakira, który marzy o tym, żeby wyjść ze mną z boksu. Mile zaskoczona nałożyłam mu halter i zaprowadziłam na halę (z przerwą na pasienie na suchych badylkach, które pozostały po zimie w miejsce trawy). A tam... pusto! Ani jednego konia. Byliśmy sami przez cały czas nagrywania filmiku :)

Od tego momentu wszystko szło już jak z płatka. Fakir nieziemsko skupiony, wyczulony na delikatne sygnały, robił wszystko bez zarzutu. Nie wiem, czy to on miał dobry dzień, czy też ja się czegoś przez ostatni miesiąc nauczyłam, w każdym razie jeszcze nigdy nam tak dobrze nie szła komunikacja. Ósemki wykonał wzorowo, tylko raz musiałam podnieść faze, a tak w zasadzie chodził sam. Przy chodach bocznych praktycznie nie zostawał zadem, co zazwyczaj mu się zdarzało. Koń - ideał :)


poniedziałek, marca 02, 2009

Dzieje się, dzieje...

Ostatnimi czasu dużo się dzieje w temacie końsko-naturalnym i nie miałam nawet kiedy pisać.

Po pierwsze, w piątek nagrałam filmik para-zaliczeniowy na L1 (tzn. Marcin nagrywał, a ja biegałam z carrot stickiem). Uczciłam w ten sposób nasz ostatni dzień z Fakirem. Już za nim troszkę tęsknię... Tutaj można go obejrzeć:
Film zaliczeniowy

Po drugie, w sobotę było spotkanie warszawskich naturalsów (a także lubelskich i kilku katowickich) :) Odbyło się w Tomaszewie pod Żyrardowem, w domu Małgosi Mentosowej. Było bardzo sympatycznie, pogoda dopisała, nastroje również. Poznałam wreszcie trochę osób w RL-u i forum przestało być takie anonimowe.

W niedzielę z kolei byłam u Ejena, ale o tym napiszę może jutro, bo dziś nie mam już siły.

Wszystkie zdjęcia można obejrzeć tu:
Zdjęcia ze spotkania naturalsów

A poniżej kilka wybranych:

Bawiliśmy się na ujeżdżalni w congo horses, mój koń był zdecydowanie dzikim, agresywnym ogierem i nie chciał współpracować.



Ale nie traciłam ducha.


Potem zostałam... hmm... strefą czwartą...


Bardzo spodobał mi się dom Małgosi. Biały z czerwoną dachówką, moje marzenie.


A w dodatku, z przylegająca do domu stajnią. Czy można chcieć więcej?


Nie zapominajmy o pięknej okolicy.


środa, lutego 18, 2009

Ejen

Ostatnio w ogóle nie jeżdżę do stajni :( Najpierw przez tydzień byłam chora, a teraz mamy z Marcinem maaasę pracy, dopiero w okolicach weekendu pewnie będzie chwila luźniejsza.

A od marca zaczynamy dzierżawić innego konia, Ejena. Stoi w Sawance w Truskawiu, latem jeździłam tam rekreacyjnie i moi znajomi nadal tam jeżdzą. Super atmosfera i ludzie, bardzo lubię tam przebywać, jest tak sympatycznie i swojsko. Będzie mi żal rozstać się z Fakirem, ale po piersze, nie mogę się do niego za bardzo przywiązać, bo to przecież nie jest mój koń, a poza tym oboje z Marcinem chcemy spróbować zabaw z koniem o innej koniobowości, żeby zobaczyć jaki typ nam najbardziej odpowiada. W końcu planujemy za jakiś czas nabyć własnego rumaka i musimy wiedzieć czego chcemy :)

Ejen jest 6-letnim wałachem rasy wielkopolskiej, skarogniady, 170 cm w kłębie, wychowywany na butelce. Po pierwszym spotkaniu wydaje mi się, że to prawopółkulowy ekstrawertyk, czyli straszny panikarz i biegoholik. Jego właścicielka jest bardzo przejęta faktem, że musi wydzierżawić swojego pupila, to jej pierwszy raz i nie jest chyba pewna, czy nie zrobimy mu krzywdy. Mam nadzieję, że z czasem nabierze do nas zaufania. Już na początku ostrzegła nas, że Ejen się strasznie wyrywa podczas lonżowania, a ludzie w stajni też opowiadali nam historie o tym, że kiedyś przy zabieraniu go z pastwiska trzeba było stać z batem, bo inaczej przebiegał po człowieku. Zdarzało mu się też wyrywać właścicielce i tratować ludzi na ujeżdżalni.

Ostrzeżona o jego wesołych pomysłach, wzięłam go od razu na halter i linę 3,7 m. Na początku koniecznie chciał mnie wyprzedzić, kręcił się wokół mnie i panikował, w związku z tym odangażowałam zad (bez problemu, chociaż nigdy nie bawiłam się z nim w 7 gier), wycofałam i ruszyłam znowu. Jak tylko podbiegł, zaczęłam machać liną wokół głowy, żeby mu pokazać, że nie wchodzi się w moją strefę osobistą. Dostał liną parę razy po nosie i zaczął iść grzecznie za mną. Postanowiłam wykorzystać manewr Pata, który widziałam ostatnio na filmiku - co kilka kroków stawałam i wycofywałam go 2-3 kroki, potem ruszałam znowu. Zastosowałam ten manewr podczas prowadzenia go na padok i z powrotem i ani razu nawet nie spróbował mi się wyrwać, szedł bardzo grzecznie.

Na padoku puściliśmy go luzem i usiedliśmy na przytarganej tam wcześniej przez Marcina ławeczce. Koń biegał jak szalony, zastanawialiśmy się, czy wyskoczy z padoku, ale na szczęście nie przyszło mu to do głowy. Co jakiś czas podchodził do nas i nas obwąchiwał, co jakiś czas musieliśmy bronić naszych "baniek", bo się nachalnie wpychał. Widać było, że zupełnie nie może się odnaleźć w nowej sytuacji, nie wie co ma ze sobą zrobić. Przyszli ludzie, wzięli go, a teraz siedzą i nic nie chcą... Dziwne...

A potem w okolicy zaczął latać helikopter, który jak wszyscy wiedzą jest potworem wybitnie koniożernym. Ejen szalał, potem stawał i wąchał, a brzmiało to mniej więcej jak wielki odkurzacz ;) Zastanawiałam się, czy damy radę go złapać, ale Marcin wykazał się dużym savvy, podszedł do konia kawałek, a potem koń po chwili namysłu podszedł do niego i bez problemu dał się wziąć na linę. Trochę poświrował, bo znów nadleciał helikopter, więc znów go pocofałam, odangażowałam zad i zaprowadziłam do boksu w opisany wyżej sposób.

Ejen to zupełnie, totalnie inny koń niż Fakir i bardzo mnie to cieszy, bo mam nadzieję, że dużo się od niego nauczymy, a przy okazji będziemy mieć nowe wyzwanie.

Wrzucam jeszcze kolejne filmy z naszej sesji z Fakirem:








wtorek, lutego 10, 2009

Kamera

Dziś postanowiliśmy wziąć do stajni kamerę, żeby przygotować się powoli do nagrywania zaliczenia na Level 1. Okazało się to słusznym pomysłem, ponieważ odkryliśmy, że obecność kamery rozprasza zarówno konia, jak i nas, więc oczywiście wszystko szło tysiąc razy gorzej niż zwykle. Parę takich wizyt i wszyscy powinniśmy się przyzwyczaić do nowej sytuacji. Pewnie dużo zmieniał również fakt, że oboje mamy grypę :) Byłam całmkiem zadowolona z okrążania, 2 pełne kółka przestały być dla nas problemem. O dziwo wychodził również nieźle Squeeze, z którym często mam problemy.



środa, lutego 04, 2009

Dwa kółka!

We wtorek po dłuższej przerwie (ferie) pojechaliśmy do Fakira zaopatrzeni w nową linę 7 m od pana Podkowy. Jest śliczna i wygodna, znacznie przyjemniej jej się używa niż tej z WWR Shop. Trzeba będzie w przyszłości zamówić od p. Podkowy również linę 3,7 m i kantarek. Miałam też ze sobą dodatkowe shimmsy i przedłużkę do popręgu, żeby móc wreszcie dopiąć siodło na Fakirze w nowej pozycji (czyli takiej, gdzie ma wolną łopatkę).

Zabrałam misia na ujeżdżalnię, po drodze udało mu się znaleźć trochę zeschłej trawy. Niestety, przy ujemnych temperaturach i przenikliwym wietrze nie mam cierpliwości, żeby długo pozwolić na takie szwędanie się przed właściwymi ćwiczeniami, jak było ciepło to poświęcałam na to więcej czasu.

Oczywiście okazało się, że Fakir wszystko zapomniał przez te 2 tygodnie i musieliśmy sobie przypomnieć to i owo. Jeż na zadzie nie działał i żadne pukanie carrotem nie odblokowywało nóg, szacunek jakoś tak kiepsko, jeż z przodu działał jak piłka. No ale cóż, nie zrażałam się i przypominałam wszystko po kolei.

Po pewnym czasie było jakby lepiej, więc postanowiłam wziąć się za Circling. Mianowicie podczas ferii obejrzałam jeszcze raz wszystkie dostępne materiały na temat okrążania i olśniło mnie co robię źle. Otóż, jak twierdziła chyba Beata na forum, źle robiłam odesłanie, to znaczy za mało stanowczo. Postanowiłam więc wprowadzić tę myśl w praktykę. Cofnęłam go na odpowiednią odległość i pokazałam ręką kierunek. Fakir oczywiście poooowooooli wystartował, więc wtedy od razy machnęłam carrotem przed sobą. Koń tam nadal był, więc string trafił go w szyję. To go ruszyło, zrobił pół kółka i zatrzymał się za mną. Zrobiłam "kaczuszkę", czyli machałam rękami, broniąc swojej bańki, koń się odsunął. Pogłaskałam i wycofałam znowu. Tym razem kiedy go wysłałam, przyglądał się co robię carrotem i uciekł, zanim string go trafił. Po jednym kółku się zatrzymał. Ponowiłam operację, tym razem string trafił go w zad, koń ruszył galopem, potem przeszedł do kłusa, zatrzymał się przede mną. Za czwartym razem uciekł spod stringa, zrobił z własnej woli dwa pełne kółka w stępie, po czym go przywołałam, pochwaliłam i zakończyłam grę na dziś. Pierwszy raz zrobił dwa pełne kółka! Juhu! Mam wrażenie, że to dla niego zrobiła się ciekawsza gra, kiedy musi uciekać przed stringiem, coś się dzieje. A poza tym na dłuższej linie ma więcej swobody. Mam nadzieję, że następnym razem pójdzie jeszcze lepiej :)

Potem przeszłam do siodłania (z pomocą Marcina). Założyliśmy mu siodło, włożyliśmy podkładki, które tym razem idealnie je wypoziomowały. Przeszliśmy do zapinania popręgu, Fakir oczywiście nadął się potężnie, ale wtedy ja wyjęłam przedłużkę, przypięłam ją i bez problemu zapięłam popręg. Koń był wyraźnie zaskoczony - jego zwykła strategia nie zadziałała! Obejrzał się do tyłu i zaczął przyglądać się poręgowi. "Co jest?! Przecież się nadąłem! Jak oni zdołali zapiąć popręg? Ej, to nie fair..." Udało nam się osiągnąć sukces i zaskoczyć Lewopółkulowego Introwertyka :)

Jazda była całkiem sympatyczna, na tak dopasowanym siodle jeździ się bardzo wygodnie. Niestety Fakir współpracuje tak długo, jak długo nie proszę go o kłus. Po paru zakłusowaniach dochodzi do wniosku, że ma dośc tej zabawy i zaczyna się walka o chodzenie przy ścianie, o odchodzenie od wyjścia z hali itp. Nagle nie umie ustać w niemjscu i muszę go zatrzymywać przez zgięcie boczne, z którym strasznie walczy. Kiedy się uspokaja i mu odpuszczam przy zgięciu, od razu wyciąga maksymalnie szyję, jakby się czuł klaustrofobicznie z jedną krótką wodzą. Ale myślę, że z czasem sobie z tym poradzimy.

poniedziałek, stycznia 19, 2009

Małe podsumowanie

Tak sobie pomyślałam, że może czas na małe podsumowanie naszych 3,5 miesiąca, spędzonych z Fakirem. Jakoś mi się tak zebrało.

Przez te kilkadziesiąt godzin, spędzonych na wspólnych zabawach, oboje się z Fakirem mnóstwo nauczyliśmy. Ja nauczyłam się posługiwania carrotem i liną (już się prawie w nią nie zaplątuję ;) ), przyjmować neutralną postawę, rozluźniać się w jednej chwili, kiedy trzeba (oj, to było trudne) i nabierać energii (z tym tez czasem nie było łatwo, jak byłam zmęczona albo rozkojarzona). Nauczyłam się w jasny sposób komunikować moje wskazówki oraz oczekiwania i zrozumiałam, że często jestem chaotyczna i nieuporządkowana i zanim będę czegoś chciała od Fakira, muszę najpierw sama sobie to poukładać w głowie. Pod tym względem OBOPem były Patterny, które na pierwszy rzut oka zupełnie mi się nie spodobały, ale potem nagle zrozumiałam, że są strasznie mądre. Nauczyłam się też czytać końską mowę ciała i odczytywać emocje, przynajmniej te najbardziej oczywiste póki co. A także jak się nie frustrować i podchodzić z pogodą ducha do różnych sytuacji ("How interesting."). Może też trochę nauczyłam się, jak być spokojnym, pewnym siebie przywódcą, a przynajmniej weszłam na tę drogę. Te wszystkie rzeczy pozwoliły mi spojrzeć z innej perspektywy na wiele spraw w moich relacjach z innymi ludźmi, nie tylko z końmi. A to przecież tylko trzy miesiące.

No ale dość o mnie, przyjrzyjmy się Fakirowi. Myślę, że on też się sporo przez ten czas nauczył, a jego wieloletnie nawyki i przyzwyczajenia zostały poddane ciężkiej próbie w konfrontacji z tymi dziwnymi ludźmi, którzy nagle pojawili się w jego życiu i zaczęli robić wszystko na opak. Na początku był baaardzo sceptycznie nastawiony, nie dawał za bardzo do siebie podejść ani się dotknąć. Jednak z czasem nauczył się, że czas spędzany z nowymi dwunogami jest często ciekawy i zabawny. Dlatego teraz, gdy ich widzi, sam podchodzi do bramy padoku i wsadza nos w sznurkowy kantar. Fakir nauczył się, że z człowiekiem można mieć zupęłnie inną niż do tej pory relację, wcale nie łatwą, bo trzeba przełamywać różne lęki i uprzedzenia, mocno pracować głową, trzeba uznać, że to ktoś inny jest alfą i mieć dla nowego lidera szacunek. Nauczył się, że ma w sobie niesamowite pokłady energii, o których może sam nie do końca wiedział i nie za bardzo wie, jak sobie z nią poradzić. I pewnie jeszcze wiele innych rzeczy. Na przykład kiedy na początku naszych zabaw Fakir nadeptywał na linę, szarpał głową w górę, panikował, szarpał mocniej ("Coś nie złapało i trzyma!"), aż kilka razy zdjął sobie kantar z nosa. Ostatnio widziałam inną scenę: Fakir następuje na linę, czuje opór na kantarze, opuszcza głowę. Po chwili podnosi ją znowu, czuje opór, opuszcza. Myśli, myśli, w końcu robi krok w tył, schodząc z liny. Sukces :)

Teraz największym wyzwaniem, które przed nami stoi, są jazdy. Najpierw musimy zakończyć kwestię dopasowania siodła i przezwyciężyć problemy techniczne w postaci braku roundpenu, playgroundu i jakichkolwiek zabawek (typu beczki, folia, podesty, pnie drzew) , a także westię zatłoczonej hali, gdzie ciężko jest robić jazdę na pasażera. Bardzo bym już chciała przejść do tego etapu, ale nie chcę się spieszyć, ponieważ wydaje mi się, że Fakir bardzo nie lubi jazd. Nie wiem, czy to kwestia niewygodnego siodła, czy "lenistwa" i podejścia pod tytułem "robię wszystko, żeby się nie zmęczyć", czy też jazdy są dla niego za mało interesujące i się nudzi? Nie wiem. Ale mam mocne postanowienie, żeby to zmienić i żeby z radością czekał na nasze wspólne godziny pod siodłem.

środa, stycznia 14, 2009

Grupowa zabawa we FG

Dziś byliśmy u Fakira oboje, Marcin poszedł po konia, a ja wzięłam piłkę na halę (to taka piłka do skakania dla dzieci z dwoma uchwytami). Kiedy przechodziłam koło padoku, na którym pasło się ok. 10 koni, piłka wywołała wśród nich żywe zainteresowanie. Wszystkie zwierzaki zwróciły na mnie uszy, chrapy rozdęte i pełna gotowość do ucieczki. Ponieważ nasze zabawy z Fakirem często niepokoją inne ćwiczące konie, postanowiłam całe stado trochę poodczulać. Było bardzo zabawnie :) Chodziłam z piłką wzdłuż ogrodzenia, oddalałam się i zbliżałam, a całe stado nawet na moment nie spuszczało mnie z oka. Było mnóstwo chrapania, podchodzenia bliżej piłki i uciekania w popłochu, a potem ciekawość znów wygrywała i niektóre konie podchodziły coraz bliżej. Wystarczyło, żeby jeden się spłoszył i całe stado wpadało w popłoch. Wyglądało to przezabawnie. W końcu dałam za wygraną i poszłam się bawić z Fakirem, ale myślę, że pierwszy etap odczulania mamy za sobą.

Z Fakirem poszło znacznie lepiej, daje się już dotykać piłką po całym ciele, liże ją i próbuje pogryźć, podszedł też do leżącej na ziemi, a wcześniej kopanej przeze mni piłki. Jeszcze trochę i Marcin będzie mógł z nim grać w nogę :)

Poza tym udało mi się dziś osiągnąć spokojną grę w okrążanie. Poprzednio Fakir, który stał dużo w stajni, strasznie wariował, brykał na linie i próbował na mnie wskoczyć. Tym razem starałam się mieć niski poziom energii i był spokojny. Po kilkunastu minutach moich i Marcina ćwiczeń osiągnęliśmy niebywały sukces: koń zatrzymał się przede mną, a nie za moimi plecami :) Małymi kroczkami dojdziemy do jakichś rezultatów. Całkiem nieźle idzie nam też bieganie wspólnie po padoku, po paru minutach koń sam ustawia się tak, że ja jestem w 3 strefie. Bardzo się podnieca, kiedy ruszamy kłusem, ale nie wyprzedza, trochę jest tylko wygięty w moją stronę, ale wystarczy, że wskażę jego nos palcem i się odsuwa. Bardzo mi się podoba takie wspólne bieganie po hali, myślę, że w ten sposób coraz lepiej się synchronizujemy.

Totalną klęskę ponieśliśmy za to na odcinku siodła. Zrobiliśmy podkładki (shimms) z karimaty, założyliśmy siodło, podkładki prawie idealnie je wypoziomowały (chociaż chyba jeszcze jedna podkładka by się przydała), ale przy zapinaniu popręgu - porażka. Siodło jest przesunięte do tyłu, więc popręg wypada w nieco szerszym miejscu, a w dodatku Fakir okropnie się nadyma i nie udało nam się nic z tym zrobić. Trzeba będzie kupić dłuższy popręg.

niedziela, stycznia 11, 2009

Kilka zdjęć

Oto kilka zdjęć Fakira, zrobionych w ostatnim czasie. Są nienajlepszej jakości, ale dopiero uczymy się wykorzystywać nowy aparat, a warunki oświetleniowe również nie są idealne.




niedziela, grudnia 28, 2008

Drugi dzień świąt

Drugiego dnia świąt postanowiliśmy odwiedzić Fakira i zawieźć mu prezent (końskie snacki). Wszystkie konie były w boksach ze względu na świąteczny dzień, a ludzi było całkiem sporo. Córka trenerki przygotowywała się do wyjazdu na zawody, czyszcząc na błysk cały rząd. Nie zazdroszczę jej takiego spędzania świąt... W każdym razie poczęstowałam Fakira prezentem, który przypadł mu do gustu, a potem wzięłam go na halterek. Postanowiłam ten dzień przeznaczyć na ogólnie pojętą pielęgnację. Na święta dostałam książkę "Nowoczesny trening konia." autorstwa Lesley Bayley, traktującą o pracy z ziemi i różnego typu ćwiczeniach, pomagających koniowi rozwinąć mięśnie - postanowiłam wykorzystać kilka zawartych tam pomysłów. Na początek zrobiłam rozgrzewkę, czyli pooprowadzałam Fakira po podwórku, bawiąc się z nim w gry - doszłam do wniosku, że w ten sposób będzie mi go łatwiej wyczyścić i doprowadzić do tego, żeby stał spokojnie. Podczas naszych zabaw na podwórku znalazłam coś, co przypomina nieco podest, co bardzo mnie ucieszyło. Był to okrągły kwietnik, otoczony drewnianym szalunkiem, w środku wypełniony zmarzniętą ziemią, wysokość w sam raz. Poprosiłam więc Fakira, żeby postawił na nim nogi. Ku mojemu zaskoczeniu zrobił to bez najmniejszego wahania. Potem wszedł cały na podest, zszedł z niego przednimi nogami (tylne zostały) i zaczął się spokojnie paść. Najwyraźniej kwietnik, mimo miękkiej ziemi, która trochę uginała się pod cieżarem Fakira, nie zrobił na nim żadnego wrażenia. Powtórzyłam ten manewr jeszcze dwa razy z podobnym skutkiem. W późniejszym terminie spróbuję nauczyć go zatrzymywania się we wszystkich fazach wchodzenia na podest.

Niestety, nadal mam straszny problem z jego uwagą, gdy w okolicy jest cokolwiek do jedzenia. Próbowałam metody, którą pokazuje Linda na L2, czyli postawy skradającego się ogiera i delikatnego smagniącia stringiem w jakąć wrażliwą część ciała. To go oczywiście podrywa, ale natychmiast znów zaczyna jeść. Kiedy przyjmuję ponownie grożącą postawę, zaczyna się odsuwać, ale nie odrywa pyska od trawy. Kiedy nie ma jedzenia, zwraca na mnie nieporównywalnie więcej uwagi. Cóż... To pewnie kwestia jeszcze wielu, wielu godzin, spędzonych na uzyskiwaniu jego szacunku.

Później bardzo się ucieszyłam, ponieważ znalazłam taki fragment podwórka, który jest pochyły i całkiem nieźle nadaje się do przynajmniej wstępnego etapu terapii pagórkowej. Uważam, że nad umięśnieniem Fakira trzeba popracować (w końcu bardzo długo stał ze względu na kontuzję i stracił mocno formę), dlatego pobawiłam się z nim w okrążanie w tamtym miejscu. Szło o dziwo całkiem nieźle, może nowe otoczenie zadziałało na konia stymulująco. Ciekawe jest to, że raz zdarzyło mu się nieco bryknąć na pierwszą fazę przy zmianie chodu na kłus. Traktuję to jako wyraz energii :) Nie robiłam ćwiczenia zbyt długo, ponieważ ziemia była zamarznięta i nie chciałam, żeby sobie odbił kopyta.

Potem zabrałam go do feralnego miejsca koło myjki. Tym razem szło nieco lepiej, już się tak cały czas nie cofał i nie kręcił w kółko. Zrobiłam kilka przeciśnięć między mną a myjką, trochę pobawiłam się z nim w tamtym miejscu, a potem przystąpiłam do czyszczenia. Tym razem stał znacznie spokojniej niż zwykle, prawie się nie ruszał. Wyjątkiem było, kiedy stajenny postawił w okolicy taczkę z sianem. Ech... W każdym razie wyczyściłam go bez większych przeszkód, a potem przystąpiłam do zabiegów pielęgnacyjnych. Zgodnie z instrukcjami zawartymi w książce zrobiłam mu prosty masaż całego ciała, masowałam jego nogi i mięśnie wokół zadu. Faktycznie rozluźnił wtedy ogon. Mam wrażenie, że ma on słabo rozwinięte lędźwie, w każdym razie mięśnie w zadniej części grzbietu, stąd pewnie ta lekka łękowatość. Potem podnosiłam mu przednie nogi i wykonywałam nimi krążenia, żeby je uelastycznić i rozciągnąć. Z prawą nogą poszło dobrze, ale lewą (tę po kontuzji) zaraz mi wyrwał. Pewnie trzeba z nią pracować ostrożniej i delikatniej, ale myślę, że takie rozciąganie jej się bardzo przyda.

Później postanowiłam zobaczyć, jak daleko sięga łopatka Fakira w stanie spoczynku i przy ruchu, zgodnie z zaleceniami Parellich. W tym celu jeszcze w domu przygotowałam sobie pudełeczko kremu Nivea, zmieszanego ze startą kredą, żeby móc zaznaczać odpowiednie miejsca na ciele konia. Okazało się, że całkiem nieźle to zadziałało, kreski były wyraźne i trwałe. Wymacałam krawędź łopatki w spoczynku i zaznaczyłam kremem, potem podniosłam koniowi nogę i zaznaczyłam krawędź łopatki w tej pozycji. Różnica była całkiem spora. Nałożyłam siodło i cofnęłam je tak, żeby łopatka nawet w skrajnym położeniu nie mogła w nie uderzyć. Oczywiście łęk tylni był w tej pozycji za wysoko. Przy użyciu koca, wkładanego pod tybinki udało mi się wypoziomować siodło. Teraz zamierzam zrobił podkładki pod obie tybinki z karimaty (pomysł z fomum SPNH) i połączyć je tasiemką. Dopasuję grubość (pewnie będzie potrzebne kilka warstw podkładek) i będę mogła jeździć na dobrze dopasowanym do konia siodle, gdzie łatwo jest znaleźć punkt równowagi. Jestem bardzo ciekawa jaka będzie różnica.

Po tych wszystkich zabiegach zdjęłam z Fakira siodło. Wyglądał na bardzo zaskoczonego, że na niego nie wsiadam ani nic, tylko zdejmuję siodło. Punkt dla mnie :) Odprowadziłam go do boksu. Poniewczasie przypomniałam sobie, że zapomniałam zmyć kredowe kreski. Niestety, koń dostał już siano i bardzo niechętnie odnosił się do mojej obecności w boksie. Trenerka pocieszyła mnie, że jej konie też się tak zachowują. Bedę jednak musiała popracować nad jego szacunkiem do mnie w boksie.

wtorek, grudnia 23, 2008

Wietrzny dzień

Dziś postanowiłam zrobić coś innego niż zwykle i po wzięciu Fakira z padoku poszłam z nim na spacer. Wiało potwornie, ale postanowiłam się nie zrażać. Podczas spaceru przyglądałam mu się pod kątem "tresholds", czyli granic, które stanowią dla niego jakąś emocjonalną przeszkodę. Wyszłam ze stajni, potem dalej drogą między pastwiskami, aż do samej szosy. W kilku miejscach wyraźnie się denerwował, więc zatrzymywaliśmy się, bawiliśmy chwilę w gry, konik jadł trochę zeschłej trawy i szliśmy dalej. Uskutecznialiśmy chody boczne w trakcie spaceru i prowadzenie z trzeciej strefy (czyli z tego miejsca, gdzie się siedzi, jak się jest na koniu). To takie przygotowanie do prowadzenia konia z siodła.

Przy samej szosie jakieś ciężarówki i traktory coś robiły i Fakir najbardziej się w tym miejscu stresował. Dlatego postanowiłam nie iść dalej, pobawiłam się z nim tam chwilę, aż się uspokoił i później wróciliśmy, pasąc się po drodze. Byłam zadowolona, ponieważ w drodze powrotnej zachowywał się znacznie pewniej i był bardziej zrelaksowany. Po drodze do ogrodzenia podeszło kilka koni i jako alfa je odganiałam, co spowodowało dziką galopadę na kilku sąsiadujących padokach ;)

Kiedy wróciliśmy w pobliże stajni, postanowiłam pobawić się z nim koło myjki, ponieważ wydaje mi się, że on się boi tego miejsca. Faktycznie, Squeeze wychodził tylko, jak dawałam mu naprawdę dużo miejsca. Po kwadransie mogliśmy się już tam zbliżyć z mniejszymi problemami niż ostatnio. Myślę, że kilka takich prób i uda się go oswoić z myjką - mam nadzieję, że to pomoże przy czyszczeniu go w tamtym miejscu. Zazwyczaj nie potrafi tam ustać spokojnie.

Później poszliśmy na halę. Udało mi się namówić Fakira, żeby wszedł do niej tyłem! Wcześniej nie chciał tego robić. Circling szedł dziś średnio, więc spróbowałam tylko pierwszego podejścia do zmiany kierunków - jak się cofam, to Fakir podbiega do mnie, jak powinien, nie za bardzo idzie nam tylko później zmiana kierunku i powrót na koło. No ale od czegoś trzeba zacząć. Zauważyłam, że znacznie chętniej okrąża w kierunku zgodnym z ruchem wskazówek zegara. W odrotną stronę idzie mu gorzej, dziś prawie w ogóle nie udało mu się chodzić w tę stronę.

Później ustawiłam dla niego cavaletti i robiłam Squeeze Game (czyli przechodzenie przez cavaletti). Przez chwilę bawiłam się z nim w okrążanie z przeszkodą, ale później zmieniłam to na zabawę w prowadzenie w trzeciej strefie. Najpierw chodziliśmy razem, przechodząc przez cavaletti (uznałam, że mi też się przyda trening, a co ;) ), potem kłusowaliśmy. Bardzo ładnie to wychodziło, cały czas byłam w trzeciej strefie, robiliśmy skręty i zwroty bez problemu. Postanowiłam więc spróbować czegoć nowego - zmieniłam rytm biegu tak, jakbym galopowała. I Fakir też zagalopował! Byłam zachwycona, ponieważ nigdy wcześniej tego nie robiliśmy, nie użyłam carrot sticka, nic, tylko zmieniłam rytm. Mam poczucie, że Fakir jest na mnie coraz bardziej wyczulony. Mogę np. puścić go z liną przewieszoną przez szyję na hali i chodzi wszędzie za mną, sam z siebie.

poniedziałek, grudnia 08, 2008

Patterns

Dzięki uprzejmości Beaty obejrzałam ostatnio płyty Parelli Patterns, które pod pewnymi względami zupełnie mi się nie podobały, ale z drugiej strony zainspirowały mnie do nowych zabaw z Fakirem. Wczoraj postanowiłam wrócić do pracy z ziemi, ponieważ wydaje mi się, że sam widok siodła sprawia, że koń ma ochotę wracać do stajni, więc nie chcę, żeby się zniechęcił. Na ujeżdżalni ustawiłam dwa plastikowe iksy, które służą do wsiadania i uczyłam Fakira wzoru ósemki. Na początku szło opornie, ale potem szybko załapał o co chodzi (a ja złapałam koordynację pomiędzy przyciąganiem a kierowaniem w odpowiednim momencie) i ósemki zaczęły wychodzić całkiem nieźle.

Potem przyniosłam hula hop. Fakir nie bał się go szczególnie, ale za to inne konie strasznie świrowały, przechodząc koło nas. Trenerka uznała, że to dobrze, bo na zawodach też będą nowe dla nich rzeczy i jeźdźcy się muszą przyzwyczajać. Cóż, ja bym raczej popracowała nad pewnością siebie tych koni, ale to w końcu nie moja sprawa. W każdym razie zabawa z hula hop była znakomita. Postanowiłam nauczyć Fakira, żeby wchodził do leżącego na ziemi kółka obiema przednimi nogami i się zatrzymywał. Osiągnięcie tego celu wymagało mnóstwa approach & retreat, koń grzebał nogą w ziemi koło hula hop, potem deptał po nim, obracał je na różne strony i zachowywał się bardzo zabawnie. Ale ciągle nie chciał wejść do środka. W końcu postanowiłam zdjąć z niego presję, odeszłam na całą długośc liny, między mną a Fakirem leżało hula hop. Zaczęłam potem przyzywać go przy użyciu jojo i po chwili wahania Fakir wstawił jedną nogę do środka. Sukces! Pochwaliłam i bawiliśmy się dalej. Szło nam coraz lepiej, Fakir wsadzał jedną nogę do kółka, drugą je trącał i hula hop obracało się wokół jego pęciny. Prawdziwy akrobata! Niestety jedyną osobą na ujeżdżalni, której podobały się nasze wyczyny, była mała dziewczynka, jeżdżąca na swoim kucu. Nie chciała wyjść z hali, dopóki nie skończyliśmy zabawy, śmiała się razem ze mną z tego, jak Fakir bawił się hula hop, podrzucając je i grzebiąc wokół nogami.

To była naprawdę udana sesja. Miałam poczucie, że Fakir był zainteresowany nowymi zabawami, że się już nieźle rozumiemy. Mam masę pozytywnej energii do dalszych zabaw. Boję się tylko, że z jazdą nie będzie tak różowo. Ale zobaczymy.

sobota, grudnia 06, 2008

Jazd ciąg dalszy

W środę byłam znów u Fakira i kontynuowałam jeżdżenie na nim. Na początku wzięłam go na ujeżdżalnię, bo była nienajgorsza pogoda. Niestety, podłoże przypominało bagnisko, a w dodatku Fakir miał zamiar jak najszybciej się stamtąd ewakuować, więc w końcu dałam za wygraną i poszliśmy na halę. Tu niestety nie szło nam wiele lepiej. Koń słabo reagował na moje pomoce (direct i indirect rein) i ogólnie robił co chciał.(co było problematyczne, ponieważ na hali było poza mną 5 koni) Ponieważ nie udawało mi się zbyt dobrze jeździć wzdłuż ściany i Fakir ciągle zmieniał kierunki, zsiadłam z niego i podwiązałam linę w formie wodzy oraz wzięłam ze sobą carrot sticka. Nie pomogło to szczególnie, a dodatkowo sprawiło, że plątały mi się ręce, carrot, lina i wszystko... Byłam coraz bardziej sfrustrowana i nasza jazda coraz bardziej przypominała szarpaninę, więc w końcu stwierdziłam, że chyba po prostu zsiądę i pobawię się z nim z ziemi i tak właśnie zrobiłam. Potrenowałam z nim driving z trzeciej strefy przy pomocy carrota - może to coś poprawi i następnym razem będzie lepiej. Jak zwykle ładnie szło również chodzenie bokiem.

Dopiero kiedy trochę ochłonęłam po tych niepowodzeniach, doszłam do wniosku, że tak naprawdę kilka rzeczy nam wcale nieźle wyszło. Chyba udało mi się nauczyć Fakira o co chodzi w indirect rein, ustępował zadem nawet kiedy stał (a może zwłaszcza, bo on sygnał do zgięcia głowy traktuje jak zatrzymanie). W dodatku odało mi się zrobić sideways w siodle, może nie idealnie kanonicznie trzymałam wodze, ale Fakir szedł bokiem i to było najważniejsze. Zrobiło to spore wrażenie na innych osobach na ujeżdżalni, które od razu zaczęły szpanować umiejętnościami swoich koni ;P Tak naprawdę najsłabiej wychodziła mi direct line, muszę nad tym jeszcze popracować, najlepiej z pomocą carrot sticka. Nie wychodziło nam zupełnie cofanie poprzez potrącanie liną, ale cofanie w 9 krokach działało całkiem nieźle. Ech, czasem są takie gorsze dni, kiedy nic nie wychodzi, ale nie można się łamać.

poniedziałek, grudnia 01, 2008

Po przerwie

Ostatnio nie miałam za bardzo czasu, żeby pisać na bloga, co nie znaczy oczywiście, że zaprzestałam jazd do Fakira. Doszliśmy do etapu jazdy i muszę powiedzieć, że jestem bardzo zadowolona z tego nowego stylu dosiadu oraz kierowania koniem. Dosiad po parellowemu jest bardzo wygodny, pozwala pewniej siedzieć w siodle i łatwiej utrzymywać równowagę. Nareszcie przestałam mieć problem przy przejściach (do wyższego i niższego chodu), nie odczuwam takiego szarpnięcia i przechyłu do przodu czy do tyłu, siedzę w siodle głęboko i pewnie. W dodatku nie muszę się skupiać na trzymaniu nóg w odpowiedniej pozycji, bo po parellowemu trzyma się nogi luźno, palce lekko od konia, nie trzeba mieć kolan przyłożonych do siodła, pełen luz.

To, co jest nieco trudniejsze w tym stylu jazdy, to kierowanie koniem. Póki co nie mam hackamore, więc jeżdżę na kantarku z liną i kiedy koń skręca nie tam gdzie trzeba, muszę szybko przerzucać mu linę nad głową. Fakir na szczęście w ogóle nie boi się liny, ale czasem jest to uciążliwe, zwłaszcza, że przy tej pogodzie muszę jeździć na hali z kilkoma innymi końmi do towarzystwa. Myślę jednak, że robimy postępy i z czasem kierowanie stanie się znacznie prostsze. Z powodu warunków mam niestety mało okazji do jazdy na pasażera, gdzie koń sam decyduje o kierunku, ponieważ od razu włazi na jakichś ludzi albo inne konie na ujeżdżalni, dlatego przeszłam do ćwiczenia direct i indirect rein. Co prawda Fakir nie do końca rozumie, kiedy chcę go zatrzymać przez zgięcie, a kiedy skręcić indirect rein, ale pewnie to ja coś robię źle, muszę jeszcze raz obejrzeć jak to robi Linda na płytce L1.

Poza tym kupiliśmy dla Fakira piłkę (taką do skakania dla dzieci) i hula-hop. Na razie Marcin bawił się z nim piłką i największy problem to znowu były inne konie, które zupełnie świrowały na widok przerażającej, koniożernej piłki. Fakir podobno też czuje się przy niej niezbyt pewnie, ale pracujemy nad tym. Hula-hop pójdzie na drugi rzut.

niedziela, listopada 09, 2008

Pierwsza jazda

No więc wczoraj postanowiłam pierwszy raz pojeździć na Fakirze po parellowemu. W czwartek przerobiłam z nim siodłanie - na widok siodła dosyć się spiął, ale po zabawie we friendly zaakceptował fakt, że poza zabawą z ziemi będę też na niego wsiadać. Wczoraj podczas siodłania był spokojny, popręg zapinałam na 3 razy, zgodnie z zaleceniami Lindy. Zabrałam go na ujeżdżalnię i najpierw chwilę bawiłam się w gry, a potem zaczęłam wsiadanie. Niestety, Fakir jest wielkim koniem (174 cm w kłębie) i nie jest tak łatwo na niego wskoczyć. Mimo dopiętego popręgu siodło się nieco przekręcało, kiedy się na nie wspinałam - samego wybicia nie wystarczyło mi na wylądowanie w siodle. Za pierwszym razem kiedy udało mi się wsiąść, Fakir ruszył, więc od razu zsiadłam i rozpoczęłam procedurę wsiadania na nowo. Oczywiście starałam się przestrzegać prawideł sztuki: najpierw noga w strzemię i w podskokach przestawienie się przodem do końskiego łba. Potem kilka próbnych wybić i podciągnięcie się, ale jeszcze bez przekładania nogi na drugą stronę. Pogłaskałam go po szyi, stał spokojnie, więc miękko przełożyłam nogę i usiadłam w siedzisku. Za drugim razem stał spokojnie, więc postaliśmy tak z pół minuty, zanim dałam sygnał do ruszenia.

Pushing passenger bardzo mi się podobał, myślę, że dla Fakira był również ciekawym przeżyciem. Oprócz nas na ujeżdżalni był tylko jeden koń oraz dwie dziewczyny na ziemi. Jedna z nich dała Fakirowi marchewkę, w związku z tym ciągle do nich podchodził. Ale nie musiałam go zbyt często prosić o ruszanie, chodził chętnie i całkiem energicznie. Byłam zaskoczona, ponieważ podczas normalnej jazdy był bardzo powolny i niechętny. Być może fakt, że nie ma wędzidła, a poza tym nikt go ciągle nie pospiesza i nie nakazuje kierunku, sprawił, że jazda była dla niego ciekawsze i przyjemniejsza. Udało nam się też kilka razy zakłusować, ale Fakir biegł wtedy zawsze do tych dziewczyn, stojących na ziemi, więc zaprzestałam kolejnych prób - nie chciałam ich stratować!

Po około pół godzinie zsiadłam i poszliśmy na halę - zrobiło się ciemno i zimno. Na hali były jeszcze dwa inne konie, więc darowałam sobie jeżdżenie i pobawiliśmy się trochę z ziemi. Ćwiczyliśmy squeeze przez kilka drągów i szedł bardzo dobrze. Poprzednim razem ustawiłam dla Fakira wyższą przeszkodę z kilku plastikowych "iksów" do wsiadania i krótkiego pieńka i koń miał różne niezwykle kreatywne pomysły co zrobić z przeszkodą. Zahaczał nogą o dalszą krawędź iksa i przewracał go na inny bok albo tupał w niego nóżką. Wsadzał też pysk w dziury, które powstały między iksami. Robił wszystko poza oczywiście skakaniem przez nie. Muszę wymyślić bardziej stabliną przeszkodę, której nie da się rozmontować fakirową nóżką :)


sobota, października 25, 2008

Praca u podstaw

Wczoraj znów ja pracowałam z Fakirem, bo Marcin musiał wymyślić przygodę na dzisiejszą sesję w Gasnące Słońca. Przyszłam po niego na padok (znów stał z kilkoma końmi), a on nie palił się, żeby do mnie podejśc. Zaczęłam stukać carrotem w ziemię (widziałam, jak robiła to Sylwia, żeby przywołać swojego konia), zauważył mnie i po chwili podszedł. Przywitaliśmy się, ale potem wrócił do innych koni. Znów postukałam carrotem, podeszłam trochę bliżej i Fakir do mnie przyszedł. Zdjęłam mu kantar, ale nie chciał włożyć pyska w halterek, dlatego postanowiłam opuścić mu głowę. Szło bardzo opornie, chociaż do niedawna umiał to robić. Co jakiś czas podchodził inny koń i nam przeszkadzał.

Po 15 minutach udawało mi się opuszczanie głowy w miarę płynnie, ale tylko od nacisku liny na potylicę, palcami jakoś nie szło. Najtrudniej było, żeby koń nie podnosił głowy, jak przekładam mu rękę nad szyją. Muszę jeszcze to z nim przećwiczyć. W każdym razie byłam już przygotowana na to, że tym razem nie będzie tak łatwo, bo Fakir ma inny niż zazwyczaj nastrój.

Poszliśmy na ujeżdżalnię i zaczęłam bawić się z nim w jeża palcami. Okazało się, że koń zupełnie wszystko zapomniał, o ustępowaniu od nacisku nigdy nie słyszał i w ogóle czego ja od niego chcę. Musiałam dojść kilka razy do fazy czwartej przy przesuwaniu zadu i powtórzyć z nim wszystko od początku, ale po pewnym czasie nagle koniowi się wszystko przypomniało i ustępował nawet ładniej niż kiedyś, bo prawie nie przesuwał przednich nóg i robił wokół nich ładne kółko. Przesuwanie przodu poszło nieco mniej opornie. Potem robiliśmy driving przy użyciu rąk i tu Fakir się odblokował, ustępuje całkiem ładnie, zwłaszcza tył się poprawił. Nad przodem jeszcze pracuję, bo zdarza mu się pójść kilka kroków w przód.

Podczas tych ćwiczeń zauważyłam, że Fakir jakoś utracił do mnie szacunek, zaczął na mnie włazić i ogólnie olewać. Ponieważ do tej pory słabo mi szły "bloki ciałem", to znaczy koń dokładnie ignorował moje pajacyki i inne sposoby dbania o moją "bańkę", więc doszłam do wniosku, że to idealny moment, żeby coś z tym zrobić. Nie było łatwo, podczas pajacyków koń oberwał parę razy w pysk, kiedy machałam wokół siebie rękami, zanim zrozumiał, że nie warto włazić w moją prywatną przestrzeń. I nagle zaczęło nam wychodzić ćwiczenie, które wcześniej nie szło, czyli cofanie poprzez bloki ciałem :) .

Po tym wstępnym etapie Fakir widocznie nabrał do mnie szacunku i wszystko zaczęło iśc łatwiej. Jednak to prawda, że konie ciągle testują nasze przywództwo! Zrobiliśmy trochę circlingu, próbowałam kłusa, ale szło bardzo słabo, więc sobie odpuściłam. Potem postanowiłam poćwiczyć chody boczne i byłam zaskoczona, bo Fakir zdawał się świetnie rozumieć, że ma chodzić bokiem, nie zawsze robił to równo no i zdarzało mu się podjadać trawę, ale byłam z niego bardzo zadowolona.

Na koniec spróbowałam Squeeze Game. Kiedy Fakir miał się przeciskać między mną a ogrodzeniem, to ze dwa razy przeszedł, a potem zatrzymywał się w samym środku squeezu, czyli między mną a ogrodzeniem i nie szedł dalej. Nie wiem, czy interpreować takie zachowanie jako obawę, bo przecież zatrzymywał się w najtrudniejszym miejscu, czy też raczej jako niezrozumienie idei przechodzenia przez wąskie gardło? Za to potem znalazłam parę drągów ułożonych razem i robiłam squeeze przez nie i wychodził bardzo ładnie. Koń wąchał przeszkodę, tupał w nią nogą, a potem przechodził. Muszę znaleźć jakiś pieniek albo coś innego do skakania, podobno bardzo to lubi.

Mam wrażenie, że moja komunikacja z Fakirem jest coraz lepsza, on wykazuje mnóstwo dobrej woli i wyraźnie stara się zrozumieć o co mi chodzi. Ja chyba też coraz klarowniej potrafię przekazywac różne sygnały, nie plącze mi się już lina i carrot. Mam zamiar wybrac się do Sylwi na lekcję wsiadania i jeżdżenia, bo myślę, że niedługo dojdziemy do tego etapu. Trochę się boję wsiadania na tego giganta, bo ledwo dosięgam noga do strzemienia, a tu trzeba podskakiwać, trzy razy się wspinac na siodło itp. Cóż, trzeba ćwiczyć :)

środa, października 22, 2008

Chody boczne

Dziś postanowiłam poćwiczyć z Fakirem chody boczne. Na początek wzięłam go z padoku, stał tam z trzema innymi końmi. Nie przejawiał zbyt dużego szacunku (przeszukiwał mnie w poszukiwaniu jabłek), a kiedy chciałam go wyczyścić, nie mógł ustać w miejscu. W związku z tym poprzestawiałam go przy użyciu jeża rękami, a potem trochę drivingu i chyba przypomniał sobie co i jak, bo potem było znacznie lepiej. W trakcie czyszczenia pobawiłam się z nim chwilę w podnoszenie przednich nóg, ale niezbyt intensywnie. Potem zabrałam go na ujeżdżalnię.

Postanowiłam tym razem zacząć od okrążania, żeby nie było zawsze tego samego schematu gier. Mam wrażenie, że Fakir jest bardzo mądrym koniem i szybko się uczy, ale później sam wie lepiej co mamy robić. Np. ostatnie kilka razy zaczynałam od okrążania w prawo, a dziś chciałam w lewo. Wyciągnęłam rękę w lewo, a koń ruszył... w prawo. Dopiero po dłuższym pokazywaniu dał się namówić, żeby jednak iść w tę stronę, którą mu pokazuję. Natomiast samo okrążanie było nie najgorsze, robił duże kółko i nie wpadał do środka, tylko dwa czy trzy razy się zatrzymał i nawet wkładał w chodzenie energię :) Może następnym razem spróbuję kłusa.

Potem przeszliśmy do chodów bocznych. Na ujeżdżalni udało mi się uzyskać kilka pojedynczych kroków bokiem, ale koń po drugiej stronie barierki i trawa skutecznie odciągały uwagę Fakira. Dlatego zabrałam go na krytą halę. Budzi ona zawsze jego zaniepokojenie, ale przynajmniej nie ma dodatkowych bodźców. Po pewnym czasie chody boczne zaczęły jako tako wychodzić, to znaczy z ładnym krzyżowaniem nóg było różnie, ale załapał chyba, że chodzi o ruch w bok. Coraz lepiej reaguje również na DG, bez tego pewnie Sideways by nie wyszło zresztą.

Na koniec zabrałam go znów na ujeżdżalnię. Ponieważ wyjście z hali mocno go niepokoi, poćwiczyłam jojo przez nie, tzn. ja stałam na zewnątrz, koń w środku i Fakir chodził w przód i w tył, a ja za każdym razem robiłam krok do tyłu. Jest to dla niego duże wyzwanie, ale to dobrze - w tak niewielu momentach dochodzą do głosu jego emocje, że dobrze jest czasem postawić go w takiej sytuacji, żebym nauczyła siebie i jego kontroli w takiej chwili.

Na ujeżdżalni ćwiczyliśmy jeszcze zgięcia boczne. Fakir bardzo ładnie i miękko oddaje głowę i sam ją trzyma, dopiero jak pozwolę to wraca głową do przodu. Co jakiś czas zdarzało nam się niezrozumienie i wtedy koń cofał, ale ja wtedy nie odpuszczałam, aż się zatrzymywał. Bardzo to obiecujące.

Ogólnie mam wrażenie, że zrobiliśmy duży krok do przodu, mam już u niego sporo szacunku i coraz lepiej się dogadujemy. Jeszcze 2-3 tygodnie i może dojdziemy do wsiadania i "jazdy na pasażera"? Już się nie mogę doczekać :)

wtorek, października 21, 2008

Spacerek

Wczoraj był dzień Marcina. Kiedy przyszliśmy na padok po Fakira, stał on bardzo daleko od wejścia. Marcin poszedł po niego, przywitali się, a potem Fakir grzecznie szedł za Marcinem do bramy, chociaż nie miał założonego kantara z liną! Zatrzymywał się razem z Marcinem, skręcał i ruszał. To chyba oznacza, że jest naprawdę zadowolony ze wspólnych zabaw, skoro chętnie przychodzi i nauczył się już pewnego szacunku. Super! Byłam pod wrażeniem.

Podczas zabaw próbowali trochę ćwiczyć chody boczne, ale szło dosyć opornie. Za to później postanowiliśmy wziąć Fakira na mały spacerek po lesie, połączony z pasieniem się na trawie. Poza stajnią był znacznie bardziej czujny i łatwiej uciekał w prawą półkulę, ale byliśmy w stanie sobie z tym poradzić. W pewnym momencie czegoś się przestraszył i pogalopował, ale nei szarpnął liny, tylko zrobił kawałek koła i się zatrzymał. Zaczęłam go cofać i po dwóch krokach wypuścił powietrze - to działa! Uspokoił się i wrócił do prawej półkuli. Myślę, że takie spacerki są dobre, żeby poćwiczyć także w trudniejszym dla konia terenie, gdzie jest więcej "strachów" i nowych rzeczy.

Potem wróciliśmy na padok i Fakir dostał jabłka, takie duże i soczyste, że kapało mu z pyska ;)

sobota, października 18, 2008

Nici z terenu

Dziś jednak nie pojadę w teren, bo jestem chora, mam kaszel i kiepsko się czuję. Ale za to napiszę kilka słów o poniedziałku, bo wtedy Marcin bawił się z Fakirem i zapomniałam o tym wspomnieć. Oglądałam to z pewnej odległości i znam przebieg głównie z jego opowieści, więc w razie czego to on musi sprawę uściślić :)

Tego dnia Fakir stał na padoku z innym koniem i chyba nie za bardzo przypadły sobie do gustu, gryzły się i straszyły nawzajem. Podobno Fakir niemal wyskoczył z padoku, kiedy Marcin go stamtąd zabierał, a potem w drodze na ujeżdżalnię potknął się tak mocno, że prawie się wywrócił. Marcin wziął go na trawkę, żeby nieco ukoić jego nerwy, ale koń był cały czas niespokojny.

Podczas zabaw Fakir nie mógł się skupić, cały czas wypatrywał zagrożeń i zaczął przytulać się do Marcina, co mu się wcześniej nie zdarzało. W związku z jego nastrojem bawili się bardziej na luzie, z mniejszymi wymaganiami. Nigdy wcześniej nie widziałam Fakira tak bardzo prawopółkulowego, to pouczająca lekcja o końskiej osobowości - nawet najspokojniejszy lewopółkulowiec ma w sobie pokłady strachu i niepokoju, które trzeba umieć opanować, jeśli zachodzi taka potrzeba.

Po zabawach była znowu chwila pasienia i koń zachowywał się znacznie spokojniej, chodził grzecznie za Marcinem i już się nie potykał i nie podrywał na każdy szelest. Jak widać 7 gier skutkuje w większym zaufaniu i pewności siebie konia.

czwartek, października 16, 2008

Zakwasy

No i po wczorajszych zabawach z Fakirem mam potworne zakwasy. Ciekawa jestem, czy on też się trochę zmęczył? Przydałoby mu się wyrobić trochę mięśni i zgubić sadełka ;)

Przy zabieraniu go z padoku nie mam już żadnych problemów, daje podejść, pogłaskać, nałożyć kantar. Tym razem wzięłam go na chwilę na halę, ponieważ na padoku stał inny koń i nie mogłam tam wygodnie ćwiczyć. Przed wejściem Fakir obwąchał dokładnie wszystkie sprzęty, stojące w pobliżu drzwi, potem zrobiłam mu Squeeze Game (nie tak na poważnie, tylko ze względu na wymagania chwili), czyli przeciskanie przez drzwi. Chwilę się wahał, ale przeszedł bez objawów paniki.

Na hali był dość podenerwowany, widziałam go pierwszy raz w takim nastroju. Co jakiś czas rżał i rozglądał się intensywnie. Trochę przestawiania przy użyciu jeża i driving troszkę pomogło, jojo już szło gorzej. Jego uwagę udało mi się odzyskać, kiedy zaczęłam robić prowadzenie ukierunkowane, czyli do określonego celu. Koń bardzo szybko łapał, na czym ma położyć nos, kiedy podeszliśmy do kartki z dużą literą F, przypiętą na ściance, to najpierw dokumentnie ją oblizał, a potem usiłował oderwać ;)

Po kilkunastu minutach wyszliśmy z hali i odaliśmy się w pobliże stajni. Jest tam taka barierka, gdzie się czyści konie i myjka zewnętrzna. Zawczasu przyniosłam tam wszystkie szczotki Fakira , ponieważ postanowiłam go wyczyścić w ramach FG i nauczyć podnoszenia nóg po parellowemu. Zgodnie z PNH nie przywiązałam go, tylko przerzuciłam linę przez szyję (kiedy zmieniałam strony konia, przewieszłam linę, żeby móc zawsze ściągnąć głowę konia na siebie). Na początku Fakir łaził i oglądał okolicę, ale w końcu stał spokojnie i bez problemów wyczyściłam go we wszystkich istotnych miejscach (właścicielka zazwyczaj wiąże go z dwóch stron, widocznie do tej pory nie umiał grzecznie ustać). Podszedł do nas jeden z pensjonariuszy stajni i wypytywał o PNH - mam wrażenie, że ludzie w stajni są nastawieni raczej sceptycznie, ale nie kpią ze mnie i dają mi robić swoje - to mi wystarcza.

Potem przeszłam do nauki podnoszenia nóg. Z przednimi poszło nienajgorzej, po pewnym czasie Fakir załapał o co chodzi z tym naciskaniem kasztana. Podnosił nogę raczej od 4-tej fazy, czyli ściskania kasztana, ale unosił nogę wysoko i mi ją podawał - czyli bardzo dobrze. Nie udało mi się podnieść nóg z przeciwnej strony konia ( w sensie lewej nogi stojąc z prawego boku i na odwrót), ale to postanowiłam zostawić na później. Niestety, z tylnymi nogami poniosłam kompletną porażkę. Podniósł nogę tylko raz, jak podeszłam zaraz po podniesieniu przedniej, po prostu zna ten schemat. Choćbym nie wiem jak mocno ściskała "cap of the hock" (jak to jest po polsku?), to on nie reagował. Próbowałam się o niego opierać, żeby zasugerować zdjęcie ciężaru z tej nogi i kiedy to robił, odpuszczałam i głaskałam, ale nic to nie dało. Trudno, może uda się następnym razem.

Potem poszliśmy na ujeżdżalnię. Ćwiczyłam trochę jeża (cofanie zaczęło wychodzić od 2-3 fazy, hurra!), driving (przesuwanie przodu coraz bardziej przypomina przesuwanie przodu), jojo oraz circling. Ta ostatnia wymaga jeszcze sporo ćwiczeń, ale chyba spodobała się Fakirowi, bo ma tendencję do oferowania jej w różnych dziwnych momentach. Potem postanowiłam zobaczyć jak pójdzie Sideways... No cóż, żeby ta gra nam wyszła, musimy poszukać jakiegoś padoku, gdzie na obrzeżach nie rośnie trawa. Fakirowi udało się przejść parę kroków bokiem (lepiej mu szło na długim zasięgu), ale kompletnie nie mógł się oderwać od trawy. Cóż, wszystko jeszcze przed nami. Na zakończenie pobiegaliśmy sobie jeszcze kłusem na długiej linie, Fakir ładnie zmienia chody w dół i w górę, zatrzymuje się, mamy też początki cofania.

A ja dziś mam zakwasy od tego wszystkiego :) Na sobotę jestem umówiona z panem Jackiem w teren. Oczywiście klasycznie, bo po parellowemu jeszcze nie umiem. Zobaczymy jak pójdzie.