Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lekcja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lekcja. Pokaż wszystkie posty
czwartek, maja 22, 2014
środa, maja 21, 2014
Lekcja z Julią Opawską
Ostatnio miałam znów wspaniałą lekcję z instruktorką PNH, Julią Opawską. Tym razem trwała 2 godziny - godzinę z ziemi i godzinę z siodła. Najpierw jak zwykle rozgrzewka - "ja i mój cień", potem "spadający liść", chody boczne nad kłodą, podest, spirala - wszystko na linie 14 m. Julia podeszła do nas i powiedziała, że widzi bardzo dużą różnicę w porównaniu z poprzednią lekcją. Dżamal jest na mnie bardziej skupiony, rozluźniony i gotowy na kolejny etap - przeniesienie naszych zabaw na poziom wyżej. Brzmiało super, sama miałam poczucie, że powinnam zacząć więcej wymagać, ale nie do końca wiedziałam jak. Od tego są właśnie lekcje, żeby się dowiedzieć :)
Ponieważ sporo problemów sprawiało nam Okrążanie z przeszkodą (zwłaszcza z beczkami), wzięłyśmy to "na warsztat". Najpierw spróbowałam z kłodą - szło w miarę, ale Dżamal w kółko zatrzymywał się przed przeszkodą albo myślał, że chodzi o grę w przeciskanie i odangażowywał zad po przejściu przez kłodę. Julia powiedziała, że muszę być bardziej stanowcza i mieć konkretny plan w głowie. Nie mogę go nagradzać za to, że w ogóle łaskawie znalazł się w okolicy kłody, muszę wiedzieć dokładnie, czego chcę i on musi zgadnąć co to takiego. Jeśli chcę, żeby szedł kłusem, to jeśli zagalopuje albo przejdzie do stępa muszę go natychmiast skorygować - bez krytycyzmu, po prostu informację "nie o to chodziło, masz iść kłusem".
Dość szybko udało się osiągnąć ładne okrążanie z kłodą, więc przeszłyśmy do beczek - nemesis Dżamala ;) Tu oczywiście zaczęły się schody. Koń albo omijał beczki po zewnętrznej (tu musiałam trzymać krócej linę i nakierować go na przeszkodę, żeby było mu trudno ją ominąć), albo po wewnętrznej (wtedy musiałam uderzyć stringiem w miejsce, gdzie się przemknął między mną a beczką). Oczywiście ważne jest wyczucie czasu, żeby nie zrobić tego za późno. Jeśli zatrzymywał się przed skokiem, popędzałam go. Miałam udawać, że beczek nie ma, ja tylko proszę o kłus po zadanej trasie. Jeśli po drodze jest przeszkoda, to koń sam musi wykombinować co z nią zrobić. Kiedy zwiększyłam presję, Dżamal zaczął się nakręcać. Zazwyczaj w takiej sytuacji staram mu się pomóc, żeby się uspokoił. Ale Julia powiedziała, że jego emocje to jego problem - ja mam tylko cały czas stanowczo wymagać wykonania zadania, które przed nim postawiłam. Trwało to dosyć długo - co prawda skakał przez beczki, ale potem galopował, zamiast kłusować. Oznaczało to, że nadal buzują w nim emocje, nie jest w stanie spokojnie przeskoczyć i dalej iść tym samym chodem. Miałam wtedy stanowczo poprosić o powrót do kłusa. Kilka razy za wcześnie go nagrodziłam - co prawda trochę się rozluźnił, ale to jeszcze nie było to, o co chodzi. W końcu udało nam się osiągnąć względnie spokojne okrążenie i na tym skończyłyśmy lekcję z ziemi.
Z siodła ostatnio miałam coraz większe problemy. Koń był coraz mniej sterowny, buntował się, kiedy chciałam jechać w określone miejsce, w dodatku zaczął brykać przy prośbie o kłus. Czułam, że mam tu duży problem i nie do końca wiem jak sobie z nim poradzić. Nie byłam pewna, czy wszystko robię dobrze, w sensie odpowiedniego użycia wodzy i pozostałych pomocy. Wolałam się upewnić, że w kwestiach technicznych robię wszystko poprawnie, zanim podejmę bardziej zdecydowane środki, żeby uzyskać szacunek konia z siodła.
Julia powiedziała, że pod tym względem wszystko jest ok, mam tylko kiepski dosiad (no suprises here), to znaczy kolana odstają mi od siodła i palce mam za bardzo na zewnątrz. Będzie trzeba porozciągać nogi. Rozwiązanie mojego problemu było podobne, jak z ziemi - bardzo konkretny plan i stanowczość w jego realizowaniu. I dużo schematów. Zaczęliśmy od Podążaj ścieżką. Miałam wybrać bardzo konkretną drogę, po której mamy iść wzdłuż ogrodzenia i korygować, jeśli koń z niej zejdzie - co zdarzało się bardzo często. Miałam używać więcej sticka, a mniej wodzy i kiedy Dżamal próbuje go ugryźć (a robi to często), wzmacniać presję. W stępie szło jako tako, ale w kłusie był dramat. Nie miałam dla odmiany problemu z zakłusowaniem, ale koń cały czas zbaczał ze ścieżki i wściekał się, kiedy go korygowałam. W związku z tym Julia kazała mi używać steady rein - wodzy stabilizującej. Polega ona na tym, że mamy krótkie wodze (california roll), trzymamy je w jednym ręku i kiedy koń zbacza ze ścieżki, powoli przyciągamy rękę z wodzą do biodra (po tej stronie w którą koń powinien iść). Jeśli nie pomaga, wzmacniamy stickiem. Miałam jeździć tak długo, aż koń spokojnie i bez walki zrobi całe kółko. Udało się to dopiero za trzecim okrążeniem, ale i tak byłam z nas bardzo dumna :)
Lekcja była bardzo fajna i pouczająca. Czuję, że mam teraz narzędzia i koncepcje, które pozwolą mi nadal iść w dobrym kierunku. Julia powiedziała, że zrobiliśmy duże postępy i patrząc na Dżamala widzi innego konia. Zdaje się, że możemy już powoli myśleć o nagrywaniu zaliczenia L3 online :)
poniedziałek, listopada 25, 2013
Język
Tak sobie ostatnio pomyślałam, że jednak naturalsi to nie są normalni ludzie. Ja na przykład jestem zachwycona, ponieważ mój koń bardziej pokazuje język, kiedy przeżuwa. Brzmi dość dziwnie, nie sądzicie? ;) A czemu mnie to cieszy? Ponieważ konie ekstrawertyczne, kiedy przeżuwają (oczywiście nie podczas jedzenia, tylko podczas myślenia), wysuwają w wyraźny sposób język, a konie introwertyczne wręcz przeciwnie, przeżuwają "sekretnie", jak mówi Linda. Dżamal jest z natury lewopółkulowym ekstrawertykiem, ale przeżuwał zawsze bardzo introwertycznie. Wydaje mi się, że ta zmiana oznacza, że bardziej się otworzył i jego prawdziwa natura bardziej się pokazuje. Może to kwestia wielku, a może ja wcześniej zbyt mocno go tłamsiłam? Nie wiem, ale sądzę, że to dobry znak :)
Lekcja z Julią była jak zwykle bardzo ciekawa. Ćwiczyłyśmy przejścia podczas Okrążania i jak zwykle okazało się, że mała rzecz robi dużą różnicę. Julia pokazała mi, jak w lepszy sposób prosić konia o przejście w górę i w dół. Kiedy koń idzie w prawo, o szybszy chód trzeba poprosić wtedy, kiedy zad konia znajduje się na wysokości prawego ramienia. Podnosimy wtedy prawą rękę i podnosimy energię. Jeśli koń nie przyspiesza, obracamy się razem z nim podnosząc dodatkowo lewą rękę. Trzecia faza to zakręcenie carrotem, a czwarta faza robimy krok do przodu i uderzamy w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą znajdował się koń. To powinno wystarczyć. Przy przejściach w dół zaczynamy prosić o to, żeby koń zwolnił, kiedy jego głowa pojawia się przy lewym ramieniu. Podnosimy wtedy prawą rękę z carrot stickiem, tak jakby blokując drogę koniowi. Ta ręka nie zmienia pozycji, ale obracamy się razem z koniem tak, że ręka z liną znajduje się coraz bliżej ręki z wyciągniętym carrotem. Jeśli koń nie zwalnia, zaczynamy pionowo machać carrotem, a na koniec też pionowo machać liną (ręce mamy wtedy praktycznie złączone). Uff, mam nadzieję, że jasno to opisałam.
Kiedy odprowadzałam Dżamala po lekcji i zostawiłam go już na pastwisku, podeszła do niego Sofie. Jest niżej od niego w hierarchii, więc Dżamal tak ja pogonił, że tylko ziemia fruwała. Nigdy czegoś takiego nie widziałam - zrobił piruet, jednocześnie wierzgając! Julia była zdziwiona, że ten mały, niepozorny konik coś takiego potrafi :)
Dziś byłam u Dżamala i świetnie się bawiliśmy. Coraz częściej przybiega do mnie z daleka na pastwisku - to niesamowicie miłe uczucie :) Najpierw poszliśmy na padok, ale było tam dość grząsko. Zgodnie z poradą Julii zaczęłam robić rozgrzewkę na lassie - z jednej strony uczę się z nim obchodzić, a z drugiej koń ma więcej przestrzeni, możemy razem pobiegać. Chwilę poskakaliśmy przez drąg i beczki - idzie nam to coraz lepiej, choć Dżamal nadal nie przepada za beczkami.
Później przenieśliśmy się na trawiasty padok, gdzie koń się tak nie zapadał. Ćwiczyliśmy przejścia - głównie w kłusie i galopie. Był moment, kiedy Dżamal miał ochotę na wyrwanie się, ale byłam stanowcza i pokazałam, że mi się to nie podoba. Długo przeżuwał i więcej tak nie zrobił. Mam wrażenie, że dzięki regularnym treningom Dżamal zaczął nabierać mięśni i coraz lepiej się rusza. Ma teraz zdecydowanie większy wykrok w kłusie. Ładnie też galopuje, prawie zawsze na dobrą nogę i już się tak nie wścieka, kiedy proszę o wyższe chody. Jeszcze trochę i spróbuję Okrążania na lassie na dużym placu :) Podczas Okrążania przez większość czasu nieźle utrzymuje chód, choć zdarza mu się stwierdzić "dobra, koniec, przychodzę do ciebie". Staram się nad tym pracować - żeby z jednej strony nie poczuł, że go krytykuję i nie chcę, żeby do mnie podszedł, ale żeby jednak pamiętał, że zachowywanie chodu to jego obowiązek. Chociaż dziś miałam wrażenie, że zatrzymywał się po to, żeby przeżuć - stawał, przeżuwał (z językiem bardziej na wierzchu), tarł głową o przednie nogi, znów przeżuwał. Może jest mu ciężko myśleć, jednocześnie biegając :)
Na koniec robiliśmy chody boczne nad belką. Z beczką nam na razie nie idzie, więc próbuję z czymś łatwiejszym. Proszę bardzo, bardzo delikatnie i powoli, nagradzam nawet pół kroku - wiem, że to jest dla niego trudne. Dziś nad belką przechodziliśmy jakieś 5 minut i Dżamal przeżuł jakieś 20 razy - nie przesadzam. Cieszę się, że udaje mi się zaangażować jego umysł :)
niedziela, listopada 17, 2013
Pytania na lekcję z Julią
Dziś będę miała lekcję z Julią Opawską i zamierzam zadać jej dwa pytania.
1. Kiedy robię coś z koniem, on wykonał dobrze ćwiczenie i daję mu czas na przeżucie oraz zadanie pytania "co dalej". A co zrobić, jak koń najpierw zadaje pytanie, zanim przeżuje?
2. Przy odysłaniu konia na koło mam najpierw powiedzieć "uwaga, zaraz zaczniemy coś robić" i poczekać, aż koń zapyta "ok, jestem gotowy, co robimy?". Czasem zajmume to więcej, a czasem mniej czasu. Wydaje mi się, że zależy to m.in. od jego poziomu zaangażowania w to, co robimy i jeśli robię to na początku zabaw, to oczekiwanie na uczy do przodu trwa całe wieki (w moim odczuciu w każdym razie). Jak podczas rozgrzewki bawić się z koniem, żeby się zaangażował na tyle, żeby miało sens oczekiwać od niego pytania?
Ostatnio ćwiczę z Dżamalem galop na linie i idzie nam coraz lepiej. W piątek miał sporo energii i bardzo chciał biegać. Pierwszy raz odkąd pamiętam nie skończyło się to serią bryknięć i dzikim galopem z wyrywaniem mi liny. Owszem, biegaliśmy razem, ale przez większość czasu mogłam trzymać linę w dwóch palcach. Ze dwa razy trochę szarpnął linę, ale poza tym był miękki i pozytywny. To było super uczucie!
Oprócz tego ćwiczymy kłus przez dragi, pan Darek obiecał zrobić cavaletti. Skoro nie mogę na razie jeździć, to chociaż spróbuję zbudować koniowi trochę mięśni.
czwartek, listopada 07, 2013
Ćwiczymy odsyłanie
Zgodnie z zaleceniami Julii ostatnio ćwiczymy odsyłanie i wychodzi coraz lepiej. Udaje nam się nawet robić całkiem dobre zagalopowania. Pracujemy jeszcze nad odpowiednią ekspresją, ale podczas okrążania w kłusie Dżamal jest coraz bardziej rozluźniony, z galopem jest trochę gorzej, ale na razie skupiam się na samym zagalopowaniu i kiedy wychodzi ładnie, zapraszam konia do siebie. Najtrudniejszym (dla mnie) elementem jest sygnał "baczność", czyli kiedy chcę poprosić o Okrążanie, najpierw biorę trochę energii i czekam, aż koń na mnie spojrzy (będzie miał uszy na mnie) i dopiero wtedy go wysyłam. Zwłaszcza na początku zabaw zajmuje to strasznie dużo czasu i ja wtedy umieram z nudów. Ale jak się trochę rozkręcimy to uszy idą na mnie znacznie szybciej.
Kolejna rzecz, którą ćwiczymy, to przeciskanie nad beczkami i drągami. Dżamal bardzo szybko nauczył się przechodzić w stępie i kłusie przez cztery drągi po kolei. Z czasem będę chciała, żeby to były cavaletti - to ponoć świetne ćwiczenie na mięśnie grzbietu. W tym celu potrzebuję jeszcze czterech cavaletek - muszę pomęczyć p. Darka, żeby nam takie zrobił, na razie mamy jedną.
Ostatnio bawiliśmy się też w Przeplatankę i Ósemkę i udało nam się nawet zrobić fragmenty Ósemki w galopie. Jestem w stanie robić te schematy na bardzo niskich fazach i mieszam je ze sobą, czyli najpierw robię przeplatankę, za drugim razem ósemkę, potem biegniemy kłusem wzdłuż wszystkich beczek i dotykamy nosem ostatniej - wszystko po to, żeby koń się zainteresował i słuchał moich sygnałów, zamiast zakładać co teraz będziemy robić.
W najbliższym czasie planuję poćwiczyć przechodzenie bokiem nad beczką. Julia powiedziała, że muszę to zrobić bardzo powoli, więc chyba przyniosę sobie na padok krzesło ;)
niedziela, października 27, 2013
Lekcja nr 2 z Julią + fotostory
Dziś miałam lekcję z Julią Opawską, drugą w Polsce Parelli Proffessional. Było bardzo fajnie i dużo się nauczyłam (a M. robił zdjęcia). Julia pokazała mi, jak poprawić moje odesłanie - okazało się, że za mało "otwieram" koniowi drogę, żeby mógł iść do przodu, czyli swoją postawą ciała z jednej strony proszę go o ruch, a z drugiej strony blokuję. Kiedy tylko to poprawiłam, odesłania zaczęły od razu wychodzić znacznie lepiej. Oto, jak to powinno wyglądać:
Po każdym odesłaniu, jeśli Dżamal nie ruszył takim chodem, o jaki go poprosiłam, miałam zmienić kierunek i wysłać go znów, uderzając stringiem w to miejsce, z którego miał ruszyć. Kiedy szedł ładnie, prosiłam go do siebie i czekałam, aż przeżuje i zada mi pytanie.
Tutaj czekam:
I nareszcie pytanie :)
Na początku ekspresja Dżamala nie była idealna, kiedy go prosiłam o więcej wysiłku robił różne miny.
Ale potem, kiedy udało mi się lepiej go odsyłać i dawać wyraźniejsze sygnały, było znacznie lepiej.
Ważnym elementem, który musiałam poprawić, było też przygotowanie do odesłania. Julia powiedziała, że za szybko przechodzę od pozycji neutralnej do "idź na koło", powinno być jeszcze "uwaga, będę cię o coś prosić" i chwila czasu, żeby koń mógł nastawić uszy i pokazać, że jest gotów słuchać polecenia. Początkowo dość długo trwało, zanim Dżamal na mnie popatrzył, miał raczej minę "nie słucham cię, nie ma mnie tu". Rysunek poglądowy:
Musiałam więc cierpliwie czekać, aż na mnie spojrzy. Żeby go wybić z takiego zamknięcia prosiłam go o kroczek do tyłu, kroczek do przodu, przestawienie zadu itp., małe rzeczy, żeby się mną zainteresował. Dzięki temu udało się uzyskać jego większe zaangażowanie i ekspresję, a także lepsze odesłanie - energiczne i na 1-wszą fazę.
Mam ćwiczyć dobre odesłania w stępie i kłusie, a jak to będzie dobrze wychodzić, to zacząć wprowadzać zagalopowania. Najpierw 2-3 foule i zaproszenie do środka, a potem coraz więcej.
Później zajęłyśmy się przeciskaniem nad cavaletką. Ci z Was, którzy śledzą mój blog od dawna wiedzą, że dla Dżamala przeciskanie nad beczkami i innymi przeszkodami jest dużym wyzwaniem. Julia obejrzała nasze próby i orzekła, że daję Dżamalowi zbyt niejasne sygnały i on przez to nie do końca wie, co powinien zrobić. Pokazała mi, jak w konsekwentny i jasny sposób pokazać mu, że to schemat przeciskania, który składa się z odesłania, przyzwolenia i odwrócenia się pyskiem do przeszkody. Ponieważ mój koń po pokonaniu przeszkody nie leci jak wariat do przodu to znaczy, że nie czuje się niepewnie, po prostu albo mnie olewa, albo nie do końca wie o co mi chodzi. Kiedy udało mi się zrobić dobre odesłanie i stanowczo go popędzić, kiedy się wahał nad przejściem, okazało się, że wszystko wychodzi super :)
Na koniec Julia powiedziała, że widzi duże postępy od naszej ostatniej lekcji - cieszę się, że idziemy w dobrym kierunku :) Lekcja bardzo mi się podobała - niesamowite, że tak wydawałoby się niewielkie korekty, jak ustawienie nogi przy odsyłaniu, robią tak kolosalną różnicę! Jednak każda wizyta instruktora jest na wagę złota - samemu można się wiele nauczyć, ale, jak mówi Pat Parelli: "Praktyka nie czyni mistrza, tylko mistrzowska praktyka czyni mistrza." To bardzo mądre powiedzenie. Dodatkowo Julia jest bardzo cierpliwa i wszystko dokładnie tłumaczy - czemu tak, a nie inaczej, z czego wynika dana korekta, co bardzo mi się podoba, bo pozwala szybciej się uczyć.
Tu jeszcze parę zdjęć:
piątek, października 11, 2013
Pierwszy (króciutki) wyjazd w teren
Jako, że teraz bywam u Dżamala 3 razy w tygodniu, będę pisała bardziej ogólnie o naszych postępach, bo nie wierzę, że uda mi się pisać tak często. Ostatnio staram się zachować proporcję pracy w różnych savvy według propozycji z Parelli Connect, czyli 50% jazda Freestyle, 25% na linie i 25% na wolności. Na razie zdecydowania przeważa praca na linie, ale staram się jak najwięcej jeździć. Z innych informacji: Dżamal przychodzi do mnie chętnie na pastwisku, a nawet rży na mój widok - to takie miłe uczucie!
Ostatnio bawiliśmy się na wolności w naszym niedużym roundpenie, ćwiczyliśmy zmiany kierunku i ósemki (to właściwie to samo, jakby się nad tym zastanowić). Na początek słabo działało przyciąganie, czyli koń nie za bardzo chciał do mnie podchodzić, co mocno utrudniało zmiany kierunku. postanowiłam więc pobawić się trochę w Okrążanie ze zmianą chodów i poczekać, aż mu się znudzi i do mnie podejdzie - często robi tak na linie. Faktycznie po 3-4 kółkach postawił uszka i ruszył w moim kierunku, więc cofnęłam się i pozwoliłam mu podejść. Oczywiście nie miał cały czas dobrej ekspresji, bo skulił trochę uszy, no ale od czegoś trzeba zacząć. Zaczęliśmy więc ćwiczyć zmiany kierunku przy użyciu beczek jako znaczników. W prawą stronę szło zupełnie nieźle, ale w lewą mieliśmy większe problemy. Udało się zrobić kilka ósemek, więc na tym zakończyłam. Zawsze, kiedy chciał do nie podejść, dużo go głaskałam i drapałam, żeby dobrze sobie to kojarzył.
Później na niego wsiadłam i robiliśmy przeplatankę w stępie i trochę w kłusie. Coraz lepiej wychodzi nam energiczny kłus, taki baz zatrzymywania się i kombinowania. Przeplatanka była sporym wyzwaniem, bardzo pilnowałam, żeby obciążać wewnętrzne strzemię i obracać jak najmocniej ramiona przy skręcaniu. Jeśli jakiś zakręt udał się dobrze, zatrzymywaliśmy się między beczkami, a koń intensywnie żuł. Jeśli cały przejazd wyszedł nieźle i widziałam, że Dżamal zaczyna myśleć o schemacie, robiliśmy kółko kłusem bez przeplatania. Oczywiście to dopiero początek, będziemy to jeszcze regularnie powtarzać.
Potem pojechałam na nim na 10 minut w teren - to nasz pierwszy wypad poza ujeżdżalnię. Dżamal szedł energicznie do przodu i był bardzo zainteresowany otoczeniem, trochę podenerwowany, ale raczej pewny siebie. Trochę się popaśliśmy i wróciliśmy do domu, ale mój apetyt na jazdę w teren zdecydowanie wzrósł!
poniedziałek, września 09, 2013
Lekcja z Julią Opawską
Pisałam już o tym wcześniej, ale gdyby ktoś jeszcze nie wiedział: mamy w Polsce już drugą instruktorkę PNH, Julię Opawską. Pod sam koniec obozu miałam przyjemność mieć u niej lekcję. Było bardzo ciekawie i pouczająco, a w dodatku usłyszałam od niej kompletnie co innego, niż od Kasi Jasińskiej :) Jestem z tego powodu bardzo zadowolona - mogę czerpać z doświadczenia i pomysłów dwóch różnych osób i wyciągać z ich rad to, co najlepiej się w danej chwili sprawdza. Im więcej różnych strzał w kołczanie, tym lepiej!
Na początek (jak zawsze od pewnego czasu) pozwoliłam Dżamalowi na inwencję własną. Był bardzo energiczny, chodził po całym placu, a na koniec sam zrobił przeplatankę (ćwiczyliśmy ją poprzedniego dnia). Opadła mi szczęka. Julia stwierdziła, że skoro koń proponuje mi takie rzeczy, to mogę nasze wstępne ćwiczenia robić w kłusie - tak, jak i lekcję pasażera można robić we wszystkich chodach. Sama bym na to nie wpadła, a to w sumie dość oczywiste, jak się nad tym lepiej zastanowić :)
Później miałam za zadanie zrobić ósemkę nie ruszając się nawet na milimetr ze swojego miejsca i trzymając długą linę za samą końcówkę. Miałam też używać jak najdelikatniejszych faz. W stępie szło nie najgorzej, ale kiedy przeszliśmy do kłusa, Dżamal swoim zwyczajem ruszył galopem do bramy. Zastosowałam technikę, której nauczyła mnie Kasia, czyli chody boczne w galopie. Julia jednak miała inny pomysł na to, jak sobie radzić w tej sytuacji. Powiedziała mi, że Dżamal się buntuje, ponieważ używam zbyt wysokich faz i wkładam w to za dużo energii. Poza tym na tym etapie powinnam stosować znacznie subtelniejsze sygnały - w końcu on zna te wszystkie gry, doskonale widzi moją mowę ciała, więc nie muszę robić obszernych gestów, żeby się z nim komunikować. A kiedy to robię to on czuje, że traktuję go jak debila. W dodatku powinnam też dawać mu więcej odpowiedzialności i nie prowadzić go na każdym kroku (np. przy ósemce). On zna ten schemat (zresztą pokazał to w przypadku Przeplatanki), więc mogę po prostu pokazać mu "robimy ósemkę" i oczekiwać, że będzie ją robił bez ciągłego przypominania "teraz skręć tu, podejdź do mnie, zmień kierunek, idź tam". Uff, wiedziałam, że czeka nas duuużo zmian.
Oczywiście starałam się wprowadzić w życie te zalecenia, ale okazało się, że to nie takie łatwe. Musiałam znacznie bardziej się skupić, żeby przekazywać czytelne sygnały w bardziej subtelny sposób. Musiałam też pamiętać, żeby wykonywać mniejsze ruchy. Dżamal poruszał się jak mucha w smole i Julia zwróciła mi uwagę, że w tym momencie zupełnie nie wygląda jak Ekstrawertyk. I, że jeśli widzę, że nie chce mu się ruszać, to muszę go traktować jak LBI, a nie LBE. Tu właśnie wychodzi złożona osobowość mojego konia - nie jest tak łatwo dopasować swoje działania do jego potrzeb. Ale mam nadzieję, że ze wskazówkami od dwóch instruktorek sobie jakoś poradzę :)
W następnych postach dowiecie się, jak poszło mi wprowadzanie naszej relacji na kolejny poziom :)
poniedziałek, czerwca 04, 2012
Przemyślenia po lekcji z Kasią
Przez 2 weekendy na Anka Rancho dużo się działo - odbyły się warsztaty PNH z instruktorką Kasią Jasińską dla zaawansowanych oraz dla początkujących. Każdego dnia było trochę teorii, symulacje, a także zajęcia z końmi. Oprócz kilku osób, które uczestniczyły z końmi, było też sporo słuchaczy. Ja byłam słuchaczem, a oprócz tego miałam lekcje prywatne z Kasią, które jak zwykle były świetne i bardzo mi pomogły. Same warsztaty również bardzo mi się podobały, uczestnicy wypowiadali się o nich pozytywnie i z entuzjazmem, mamy już w planach kolejne (może we wrześniu).
Od pewnego czasu miałam spore problemy w moich zabawach z Dżamalem, czułam, jakbym dotarła do ściany, której nie mogę przejść. Zaczęło się od schematu ósemki, który chciałam podnieść na wyższy poziom i robić w galopie oraz od okrążania, które chciałam udoskonalić, zrobić schemat Miliona Przejść, czyli poćwiczyć przejścia i zmiany kierunku. Jednak zamiast na lepsze, wszystko zaczęło się zmieniać na gorsze. Okrążanie zupełnie się popsuło, ósemka w zasadzie również. Kiedy robiliśmy rzeczy na niskim poziomie energii, nie było problemu. Jednak kiedy prosiłam Dżamala o szybsze chody, więcej energii, nie mogliśmy się dogadać. Jemu buzowała adrenalina, ja wtedy starałam się razem z nim bawić, podnieść energię do jego poziomu, ale to nie pomagało, tylko pogarszało sprawę. Nie wiedziałam co z tym zrobić. Zdawałam sobie sprawę, że problem leży w tym, że nie umiem zaspokoić jego potrzeb, zapewnić mu tego, co jest mu w danej chwili potrzebne, ale nie miałam pojęcia, jak to naprawić.
Do tego właśnie przydała się lekcja z Kasią - czasem patrząc z zewnątrz można znacznie lepiej zobaczyć, gdzie tkwi błąd. Okazało się, że nie widziałam wystarczająco dobrze, kiedy Dżamal wchodzi w lewą, a kiedy w prawą półkulę. U niego najwyraźniej zmienia się to bardzo szybko. Raz jest LBE, chce się bawić, dyskutować - wtedy potrzebuje, żeby go zaciekawić, nie dawać mu powodów do kłótni, pozwolić mu się ruszać, musi być szybko i zajmująco, trzeba też czasem być stanowczym. Kiedy jednak wprowadzam coś nowego, szybko wchodzi w prawą półkulę introwertyczną, zamyka się w sobie, czuje się niepewnie. Muszę wtedy zwolnić, robić wszystko spokojnie i bardzo delikatnie, dawać mu dużo czasu do namysłu, zdjąć presję. W innych sytuacjach, kiedy jest dalej ode mnie, ma coś zrobić np. na końcu długiej liny, podnieść energię, wtedy wchodzi w prawą półkulę, ale ekstrawertyczną. Buzuje mu się adrenalina, nie może ustać w miejscu, emocjonuje się, nie zwraca na mnie uwagi. Musze wtedy go skupić, dać mu jakieś zadanie, a najlepiej poprowadzić go za rączkę, żeby poczuł się znów pewnie. Póki co najwyraźniej pewność siebie czerpie ze mnie, bo kiedy się oddala, zazwyczaj ją traci. Trudno jest się w każdym momencie zorientować, w której półkuli jest akurat koń i jak w związku z tym należałoby się zachować. W każdym razie tu leży klucz do rozwiązania moich problemów.
Część tych przemyśleń wynika z mojego dzisiejszego spotkania z Dżamalem. Zrobiłam z nim ósemki w stępie i kłusie na krótkiej linie i wychodziły super, jak marzenie. Kiedy jednak założyłam długą linę i próbowałam zrobić to samo z większej odległości, nagle zaczęły się kłopoty. Zarówno odesłanie, jak i przyciąganie się zepsuły, koń zaczął zachowywać się emocjonalnie, przestał zwracać na mnie uwagę - ogólnie się rozsypał, wszedł w prawą półkulę ekstrawertyczną. Muszę popracować nad tym, żeby zwiększać jego pewność siebie, kiedy jest z daleka ode mnie. Postaram się stopniowo wydłużać dystans, na jakim pracujemy.
Druga rzecz, którą pokazała mi Kasia, to praca nad odpowiednim ustawieniem na kole i rozciąganie. Czytałam o tym kiedyś w książce Karen Rohlf, ale sądziłam, że to dla nas jeszcze odległa przyszłość, a okazuje się, że wcale nie. Najtrudniejsze dla mnie jest ustalenie, czy koń wpada do środka zadem, czy łopatką. W teorii brzmi to banalnie, ale w praktyce nie jest takie proste. Dziś jednak udało mi się to chyba zrobić dobrze w stępie i w kłusie. Chodzę przy nim po kole i pokazuję mu, że może się wyciągnąć ku dołowi. Przy okazji przestawiam tę część ciała, która powoduje krzywiznę, po to, żeby koń przez chwilę poczuł, że poruszanie się w równowadze i rozluźnieniu jest wygodne i przyjemne, Dzięki temu będzie później sam szukał tej pozycji. Kiedy zrobiłam z nim trochę tych ćwiczeń i przeszłam do zwykłego okrążania w kłusie, co chwila sam z siebie opuszczał głowę i się rozciągał, więc chyba mu się spodobało :)
Kolejna rzecz, do której staram się teraz przykładać większą wagę, to staranność wykonania różnych elementów. Zamierzam wymagać coraz większej dokładności, szybkości reakcji, zaangażowania w zadanie - wiem, że stawiam Dżamalowi za małe wymagania i stać go na znacznie więcej. Z pewnością znane ćwiczenia na wyższym poziomie będą dla niego łatwiejsze, niż wprowadzanie zupełnie nowych elementów i być może pomoże to w budowaniu jego pewności siebie.
Czyli plan na najbliższy czas: praca nad pewnością siebie, rozluźnieniem i zaangażowaniem.
Część tych przemyśleń wynika z mojego dzisiejszego spotkania z Dżamalem. Zrobiłam z nim ósemki w stępie i kłusie na krótkiej linie i wychodziły super, jak marzenie. Kiedy jednak założyłam długą linę i próbowałam zrobić to samo z większej odległości, nagle zaczęły się kłopoty. Zarówno odesłanie, jak i przyciąganie się zepsuły, koń zaczął zachowywać się emocjonalnie, przestał zwracać na mnie uwagę - ogólnie się rozsypał, wszedł w prawą półkulę ekstrawertyczną. Muszę popracować nad tym, żeby zwiększać jego pewność siebie, kiedy jest z daleka ode mnie. Postaram się stopniowo wydłużać dystans, na jakim pracujemy.
Druga rzecz, którą pokazała mi Kasia, to praca nad odpowiednim ustawieniem na kole i rozciąganie. Czytałam o tym kiedyś w książce Karen Rohlf, ale sądziłam, że to dla nas jeszcze odległa przyszłość, a okazuje się, że wcale nie. Najtrudniejsze dla mnie jest ustalenie, czy koń wpada do środka zadem, czy łopatką. W teorii brzmi to banalnie, ale w praktyce nie jest takie proste. Dziś jednak udało mi się to chyba zrobić dobrze w stępie i w kłusie. Chodzę przy nim po kole i pokazuję mu, że może się wyciągnąć ku dołowi. Przy okazji przestawiam tę część ciała, która powoduje krzywiznę, po to, żeby koń przez chwilę poczuł, że poruszanie się w równowadze i rozluźnieniu jest wygodne i przyjemne, Dzięki temu będzie później sam szukał tej pozycji. Kiedy zrobiłam z nim trochę tych ćwiczeń i przeszłam do zwykłego okrążania w kłusie, co chwila sam z siebie opuszczał głowę i się rozciągał, więc chyba mu się spodobało :)
Kolejna rzecz, do której staram się teraz przykładać większą wagę, to staranność wykonania różnych elementów. Zamierzam wymagać coraz większej dokładności, szybkości reakcji, zaangażowania w zadanie - wiem, że stawiam Dżamalowi za małe wymagania i stać go na znacznie więcej. Z pewnością znane ćwiczenia na wyższym poziomie będą dla niego łatwiejsze, niż wprowadzanie zupełnie nowych elementów i być może pomoże to w budowaniu jego pewności siebie.
Czyli plan na najbliższy czas: praca nad pewnością siebie, rozluźnieniem i zaangażowaniem.
poniedziałek, maja 21, 2012
Warsztaty na Anka Rancho
W ten weekend na Anka Rancho odbyły się warsztat na poziomi L2/L3 z Kasią Jasińską. Poniżej wrzucam trochę zdjęć, relację napiszę, jak trochę odpocznę :) Cały album tutaj: https://picasaweb.google.com/102412540603459547059/WarsztatyL23AnkaRancho#
czwartek, listopada 24, 2011
Natural Power of Focus - jazda na Saperze nr 3
W zeszłym tygodniu miałam przyjemność uczestniczyć w kolejnej lekcji z Kasią i Saperem - było jak zwykle wspaniale. Zaczęliśmy z ziemi, Kasia pokazywała mi jak efektywnie robić rozgrzewkę, a później ćwiczyłyśmy ósemki i zmiany kierunku. Oczywiście wszystkie te rzeczy robiłam już wiele razy, ale tym razem poprzeczka była podniesiona o jedno oczko do góry i okazało się, że jest to dla mnie duże wyzwanie. Przede wszystkim skupienie, focus. Muszę być z jednej strony skupiona, sterować swoją energią i intencją, a z drugiej strony muszę się rozluźnić. Wbrew pozorom nie jest to takie łatwe, przynajmniej dla mnie. Kiedy proszę konia o coś, to się "zbieram w sobie", ale jednocześnie spinam. Kasia twierdzi, że być może dlatego mam czasem problem z tym, że Dżamal wariuje mi na linie, bo też nie może się rozluźnić, kiedy ja mam cały czas napięcie w sobie. Druga sprawa to pozycja neutralna - też niby wiem o co chodzi, ale kiedy pracuje się z koniem na wyższych poziomach, to wszystko powinno mieć coraz lepszą jakość. W końcu jeśli staramy się komunikować jak najsubtelniejszymi sygnałami, to nasza mowa ciała też musi być coraz bardziej subtelna. Kiedy uczymy konia nowych rzeczy, to nasze gesty muszą siłą rzeczy być przerysowane, ale potem trzeba dążyć do przekazywania sygnałów energią i intencją. Np. kiedy chcę, żeby koń cofnął, muszę również myśleć o cofaniu. Trudny orzech do zgryzienia.
Później przeszłyśmy do jazdy. Przez całą lekcję ćwiczyłam schemat koniczyny. Polega to na tym, że na środku każdej ściany skręcamy zawsze w lewo lub zawsze w prawo, dojeżdżamy do końca ściany i znów skręt. W ten sposób wykonujemy serię wolt, pomiędzy którymi są odcinki prostej. Jest to idealne dla wszystkich koni: krótkie konie wydłużają się na prostych odcinkach, a długie konie skracają się przy zakrętach. Dodatkowo na środku, w miejscu przecięcia wszystkich "listków" koniczyny, znajduje się punkt X. To jedyne miejsce, gdzie można dokonywać jakichkolwiek zmian, np. zatrzymać się, zmienić chód, zmienić kierunek wykonywania koniczyny.
No i oczywiście zaczęły się schody. Jako, że nie jestem stworzona do wykonywania schematów i zawsze mi się wydaje, że konia one nudzą (to pewnie projekcja mojego podejścia), trochę zajęło, zanim "wczułam się" w podążanie cały czas tym samym śladem. Najpierw musiałam sama nauczyć się schematu, co przy osobie notorycznie mylącej prawo z lewo wyglądało momentami komicznie. Kiedy zaczynałam się skupiać na swojej energii i dosiadzie, zapominałam o skręcaniu w odpowiednim miejscu. Kiedy skręcałam w dobrym miejscu, to później wykręcałam w złym kierunku. Czasem nie udawało mi się przejechać dokładnie przez środek, czasem nie dogadywałam się z koniem co do kierunku skrętu i on szedł w prawo, a ja w lewo, więc traciłam równowagę. Było wesoło :) Kiedy udało mi się opanować siebie, konia i schemat w stępie, przeszliśmy do kłusa. Później poprzeczka znów została podniesiona - miałam dodawać w kłusie na długich ścianach, a skracać na woltach. Co jakiś czas zatrzymywałam się w środku, ale niekoniecznie wtedy, kiedy Kasia chciała, bo przy szybkiej jeździe na skrzypiącym Wintecu nie było jej zawsze słychać. Udało mi się zrobić jedno naprawdę dobre zatrzymanie, bo myślałam, że będziemy przyspieszać, a tymczasem Kasia nagle dała komendę "stop" i zrobiliśmy z Saperem piękne zatrzymanie z podstawieniem zadu. Potem mi się już nie udało tego powtórzyć, bo przy przejeździe przez środek cały czas się zastanawiałam, "czy teraz się zatrzymamy" - zupełnie jak koń :P
Po jeździe byłam zupełnie mokra, Saper też się trochę spocił. Mam dużo rzeczy do przemyślenia.
Później przeszłyśmy do jazdy. Przez całą lekcję ćwiczyłam schemat koniczyny. Polega to na tym, że na środku każdej ściany skręcamy zawsze w lewo lub zawsze w prawo, dojeżdżamy do końca ściany i znów skręt. W ten sposób wykonujemy serię wolt, pomiędzy którymi są odcinki prostej. Jest to idealne dla wszystkich koni: krótkie konie wydłużają się na prostych odcinkach, a długie konie skracają się przy zakrętach. Dodatkowo na środku, w miejscu przecięcia wszystkich "listków" koniczyny, znajduje się punkt X. To jedyne miejsce, gdzie można dokonywać jakichkolwiek zmian, np. zatrzymać się, zmienić chód, zmienić kierunek wykonywania koniczyny.
No i oczywiście zaczęły się schody. Jako, że nie jestem stworzona do wykonywania schematów i zawsze mi się wydaje, że konia one nudzą (to pewnie projekcja mojego podejścia), trochę zajęło, zanim "wczułam się" w podążanie cały czas tym samym śladem. Najpierw musiałam sama nauczyć się schematu, co przy osobie notorycznie mylącej prawo z lewo wyglądało momentami komicznie. Kiedy zaczynałam się skupiać na swojej energii i dosiadzie, zapominałam o skręcaniu w odpowiednim miejscu. Kiedy skręcałam w dobrym miejscu, to później wykręcałam w złym kierunku. Czasem nie udawało mi się przejechać dokładnie przez środek, czasem nie dogadywałam się z koniem co do kierunku skrętu i on szedł w prawo, a ja w lewo, więc traciłam równowagę. Było wesoło :) Kiedy udało mi się opanować siebie, konia i schemat w stępie, przeszliśmy do kłusa. Później poprzeczka znów została podniesiona - miałam dodawać w kłusie na długich ścianach, a skracać na woltach. Co jakiś czas zatrzymywałam się w środku, ale niekoniecznie wtedy, kiedy Kasia chciała, bo przy szybkiej jeździe na skrzypiącym Wintecu nie było jej zawsze słychać. Udało mi się zrobić jedno naprawdę dobre zatrzymanie, bo myślałam, że będziemy przyspieszać, a tymczasem Kasia nagle dała komendę "stop" i zrobiliśmy z Saperem piękne zatrzymanie z podstawieniem zadu. Potem mi się już nie udało tego powtórzyć, bo przy przejeździe przez środek cały czas się zastanawiałam, "czy teraz się zatrzymamy" - zupełnie jak koń :P
Po jeździe byłam zupełnie mokra, Saper też się trochę spocił. Mam dużo rzeczy do przemyślenia.
czwartek, listopada 10, 2011
Jazda na Saperze bez halterka
W środę miałam kolejną jazdę na Saperze - zamierzam wykorzystać okazję, że instruktorka Parelli stacjonuje w miarę blisko Warszawy i jak najwięcej się nauczyć. Tym razem również było świetnie, Kasia to naprawdę dobra nauczycielka. Ja jestem typem osoby, która szybko się uczy i szybko nudzi (LBE) i do tej pory nie spotkałam właściwie nauczyciela, który umiałby dostosować tempo nauki do moich potrzeb. Kasia to potrafi doskonale, balansuje na granicy moich możliwości, daje mi na tyle dużo wolnej ręki, żebym mogła się poczuć swobodnie i eksperymentować, ale jednak cały czas daje mi wskazówki i ćwiczenia do wykonania. Jestem zachwycona :)
Najpierw zaczęliśmy od rozgrzewki z ziemi. Saper nie chodził przez 4 dni, więc miał więcej energii niż poprzednio. Musiałam bardzo uważać na poziom energii, bo więcej myślał o kłusie i galopie niż stępie :) Kasia pokazała mi fajny sposób odsyłania na koło. Najpierw pokazuję kierunek, biorąc odpowiednią do chodu ilość energii. Jeśli koń nie rusza, zaczynam powoli unosić sticka z wyraźną intencją użycia go - rośnie napięcie. W końcu mocno pacam stringiem za zadem konia. To powinno w zupełności wystarczyć, żeby wystartował jak rakieta. Udało mi się chyba dobrze to zrobić, bo przy następnym odesłaniu Saper ruszył na sam wzrost napięcia, a przy kolejnym już na samo pokazanie kierunku. Bardzo mi się to spodobało, naprawdę zrobiła się z tego gra i niemal chciałam, żeby tym razem nie ruszył wystarczająco szybko, żeby móc pobawić się w "suspense" ;)
Później Kasia zaproponowała, żebym spróbowała cofania poprzez jeża na ogonie (ciągnie się za kilka włosków do tyłu). I tu znów fajnie, że dała mi czas, żebym sama wymyśliła jak to zrobić, a kiedy coś szło nie tak, delikatnie korygowała. Było to dla mnie pewne wyzwanie, ponieważ trochę boję się stać z tyłu za koniem, ale postanowiłam zaufać Saperowi. Reagował na bardzo delikatną fazę. Potem tylko cofałam, bez ciągnięcia za ogon i też za mną tyłem podążał. Fajne, muszę to zrobić z Dżamalem :)
Na koniec próbowałam chodów bocznych w kłusie, teraz będę lepiej wiedziała jak to pokazać mojemu arabkowi. Kluczowe jest odpowiednie ustawienie - wtedy nie trzeba używać za dużo sticka. Co prawda kiedy oglądam Lindę, to ona właściwie zawsze przy chodach bocznych macha lekko stickiem, ale może to na potrzeby publiczności, żeby było lepiej widać co robi.
Sama jazda wyszła znacznie lepiej niż poprzednio. Chyba udało mi się zapamiętać właściwą postawę i choć oczywiście sporo jeszcze brakuje do doskonałości, to Kasia mówiła, że stanowimy z Saperem znacznie ładniejszy obrazek :) Od razu widać to było po reakcjach konia. Właściwie nie miałam problemu z jechaniem wzdłuż ściany, nie zatrzymywał się też przy Kasi. Drobne korekty wychodziły lekko i nie było ich dużo. Oczywiście za chwilę poziom wymagań się zwiększył :)
Miałam ćwiczyć "million transitions", czyli przejścia ze stępa do kłusa i znów do stępa, zatrzymania i cofania, ale również wydłużenie i skrócenie kroku w ramach tego samego chodu. W dodatku chodziło o to, żeby do wykonania przejść używać tylko energii. Nie szło mi zbyt fenomenalnie, przyspieszanie ogólnie było łatwiejsze niż zwalnianie. Po jakimś czasie jednak udało mi się zaobserwować takie momenty, kiedy koń na chwilę się na mnie skupiał i zadawał pytanie: "czy teraz zwalniamy, czy przyspieszamy? Mówisz coś do mnie właściwie?". Pierwszy raz coś takiego poczułam z siodła, było fajne i bardziej subtelne niż z ziemi. Oznaczało to, że zaczynamy się zgrywać. Przejścia do kłusa zaczęły być bardziej płynne, bo przestałam po paru razach zostawać za ruchem, osiągnęliśmy też naprawdę szybki kłus (anglezowanie nie było bardzo łatwe). Wtedy Kasia doszła do wniosku, że jesteśmy gotowi na... zdjęcie halterka.
Nigdy wcześniej nie jechałam na "gołym" koniu, ale zupełnie się nie bałam - Saper jest bardzo zrównoważony i naprawdę zachowuje się jak partner. W dodatku wiedziałam, że w razie kłopotów Kasia na pewno mi pomoże. Okazało się, że właściwie bez wodzy jeździ mi się łatwiej i wygodniej niż z nimi (rzecz jasna nie byłoby tak bez wcześniejszego zgrania, tak jak z Liberty)! Nie trzeba myśleć ciągle o linkach i się w nich plątać, dzięki temu można się bardziej skupić na działaniu energią i dosiadem (oczywiście miałam carrot sticka jako pomoc w sterowaniu). Mam tendencję do używania zbyt dużo wodzy (nawyk klasyczny) i kiedy ich nie ma, to nagle nie mam problemu ze stosowaniem innych pomocy. Powtórzyłam wszystkie ćwiczenia tym razem w wersji bezhalterowej, szło nam zupełnie nieźle. Przeszliśmy później do zagalopowania - Saper był bardzo chętny. Chciałam najpierw poćwiczyć odstawienie zadu od ściany jako przygotowanie, ale kiedy tylko dałam taki sygnał, poczułam w nim entuzjazm: "Galop? Czy masz na myśli galop?". No to pogalopowaliśmy :) Kasia twierdzi, że Saper ma niezbyt wygodny galop i duże foule, ale mi się siedziało bardzo dobrze - może po prostu tez lubię galopować :) Zdarzało się nam co prawda zatrzymywać w narożnikach - ponoć efekt uboczny gry w narożniki - ale było naprawdę fajnie.
Później trochę już się zmęczyłam, więc poćwiczyłam robienie różnych figur na ujeżdżalni typu wolty, półwolty, wężyki, zmiany kierunku. Czułam, że coraz lepiej się dogadujemy z Saperem, wyczuwał nawet przeniesienie środka ciężkości. Dzięki temu zyskiwałam coraz większą świadomość tego, jak mam ułożone nogi, jak siedzę i co robię w swoim ciele. Najtrudniejsze jest dla mnie odstawianie zadu, bo ramiona trzeba mieć prosto i skręcić się tylko w biodrach tak, jak koń ma to zrobić w swoich. Ciężka sprawa! Zrobiłam też trochę chodów bocznych - chyba już wiem, gdzie ma być łydka przy skręcaniu, gdzie przy ustępowaniu, a gdzie przy odangażowaniu zadu. Na koniec pobawiłam się jeszcze w stick to me z ziemi (nadal bez halterka). W porównaniu z Dżamalem Saper trzymał się dalej ode mnie - ale trudno się dziwić, nie znamy się aż tak dobrze.
Przy odrobinie szczęścia w przyszłym tygodniu znów się wybiorę do Rzęszyc. Gdyby Kasia została tu jeszcze z miesiąc-dwa, mogłabym może zdawać L2 Freestyle na Saperze :)
Nigdy wcześniej nie jechałam na "gołym" koniu, ale zupełnie się nie bałam - Saper jest bardzo zrównoważony i naprawdę zachowuje się jak partner. W dodatku wiedziałam, że w razie kłopotów Kasia na pewno mi pomoże. Okazało się, że właściwie bez wodzy jeździ mi się łatwiej i wygodniej niż z nimi (rzecz jasna nie byłoby tak bez wcześniejszego zgrania, tak jak z Liberty)! Nie trzeba myśleć ciągle o linkach i się w nich plątać, dzięki temu można się bardziej skupić na działaniu energią i dosiadem (oczywiście miałam carrot sticka jako pomoc w sterowaniu). Mam tendencję do używania zbyt dużo wodzy (nawyk klasyczny) i kiedy ich nie ma, to nagle nie mam problemu ze stosowaniem innych pomocy. Powtórzyłam wszystkie ćwiczenia tym razem w wersji bezhalterowej, szło nam zupełnie nieźle. Przeszliśmy później do zagalopowania - Saper był bardzo chętny. Chciałam najpierw poćwiczyć odstawienie zadu od ściany jako przygotowanie, ale kiedy tylko dałam taki sygnał, poczułam w nim entuzjazm: "Galop? Czy masz na myśli galop?". No to pogalopowaliśmy :) Kasia twierdzi, że Saper ma niezbyt wygodny galop i duże foule, ale mi się siedziało bardzo dobrze - może po prostu tez lubię galopować :) Zdarzało się nam co prawda zatrzymywać w narożnikach - ponoć efekt uboczny gry w narożniki - ale było naprawdę fajnie.
Później trochę już się zmęczyłam, więc poćwiczyłam robienie różnych figur na ujeżdżalni typu wolty, półwolty, wężyki, zmiany kierunku. Czułam, że coraz lepiej się dogadujemy z Saperem, wyczuwał nawet przeniesienie środka ciężkości. Dzięki temu zyskiwałam coraz większą świadomość tego, jak mam ułożone nogi, jak siedzę i co robię w swoim ciele. Najtrudniejsze jest dla mnie odstawianie zadu, bo ramiona trzeba mieć prosto i skręcić się tylko w biodrach tak, jak koń ma to zrobić w swoich. Ciężka sprawa! Zrobiłam też trochę chodów bocznych - chyba już wiem, gdzie ma być łydka przy skręcaniu, gdzie przy ustępowaniu, a gdzie przy odangażowaniu zadu. Na koniec pobawiłam się jeszcze w stick to me z ziemi (nadal bez halterka). W porównaniu z Dżamalem Saper trzymał się dalej ode mnie - ale trudno się dziwić, nie znamy się aż tak dobrze.
Przy odrobinie szczęścia w przyszłym tygodniu znów się wybiorę do Rzęszyc. Gdyby Kasia została tu jeszcze z miesiąc-dwa, mogłabym może zdawać L2 Freestyle na Saperze :)
czwartek, listopada 03, 2011
Jazda na Saperze
Nie pisałam o niedzielnych zabawach z Dżamalem z braku czasu, ale dziś będzie o czym innym, ponieważ miałam po raz pierwszy lekcję jeździecką u Kasi Jasińskiej (dla członków Parelli Connect taka lekcja jest w chwili obecnej za darmo - polecam). Wybrałam się kawałek od Warszawy, bo aż do stajni Rzęszyce. Była ładna pogoda, ale i tak zajęcia miałyśmy w hali - bardzo przestronnej i widnej, z fajnym podłożem i lustrami. Jako mój partner występował Saper - koń Kasi, bardzo sympatyczny LBE.
Na początek zrobiliśmy rozgrzewkę, chwilę pobawiłam się z nim z ziemi, później wzięła go na chwilę Kasia. Kiedy zobaczyłam, jak się z nim bawi, doszła do wniosku, że ja jednak nic nie wymagam od Dżamala i czas przykręcić mu trochę śrubę :)
Później wsiadłam i zsiadłam z konia, prawie się przewracając - jaki on jest wysoki! Nie spodziewałam się, że ziemia jest aż tak daleko. Ponownie wsiadłam, tym razem z prawidłowymi etapami i zaczęłyśmy jazdę. Oczywiście na początku wszystko mi się plątało - lina, carrot stick oraz która łydka, gdzie i kiedy. Tak to jest, jak człowiek od małego jeździł klasycznie, a teraz musi się przestawić. Trudno zwalczyć stare nawyki... Kasia jednak była bardzo cierpliwa, Saper zresztą również, więc powolutku ogarniałam to wszystko. Okazało się rzecz jasna, że mój dosiad pozostawia wiele do życzenia (nie było to dla mnie wielkim zaskoczeniem), mam mało rozciągnięte nogi, ścięgna, mięśnie itp. i dlatego ciężko jest mi usadzić się w odpowiedni sposób. Czas się za siebie wziąć... Lustra na ścianach hali bardzo się przydawały - od razu widziałam, kiedy za bardzo odchylam się do tyłu. Dodatkowo miałam w stępie cały czas mocno "pedałować", unosząc pięty do góry w takt kroków tylnych nóg konia i poruszając górą ciała w takt przednich. Im mocniej pedałowałam, tym koń wydłużał wykrok. Całkiem fajnie działało :)
Saper, jak to LBE, cały czas próbował robić mnie w konia, starał się podchodzić do Kasi i jechać dokładnie odwrotnie niż to, czego ja bym chciała. Próbowałam kilku strategii, ale najlepiej mi szło, kiedy miałam wodze ułożone w "california roll" i kiedy koń odjeżdżał od ściany ujeżdżalni, przykładałam zewnętrzną łydkę, podnosiłam rękę do góry i kierowałam we właściwą stronę. Kiedy to nie pomagało, używałam sticka, kierując nos, szyję lub łopatkę do ściany. Po chwili udało nam się bez większych problemów podążać wzdłuż ścian. Dzięki temu mogłam przejść do kłusowania. Moje nawyki i tym razem stały na przeszkodzie. bo zamiast mocno wstawać przy anglezowaniu miałam tylko pozwalać się wybijać ruchowi konia i unosić się tylko odrobinę. Przy okazji miałam mieć zaokrąglone trochę plecy, żeby koń mógł w ten sam sposób zaokrąglić swoje. Po paru razach zaczęło się udawać, rozluźniłam się i zaczęłam bardziej miękko anglezować, było to całkiem przyjemne.
Po pewnym czasie Saper chyba zaczął się nudzić i próbować na mnie nowych strategii. Dwa razy prawie spadłam - nie działo się nic wielkiego, po prostu zrobił nagły skręt, którego się nie spodziewałam, a z moją równowagą jest niestety krucho. Trudno idzie mi również właściwe wypozycjonowanie łydek, a to bardzo ważne. Przy skręcaniu noga musi iść trochę do przodu, łydka na "środku" konia to sygnał do chodów bocznych, a przesunięta do tyłu przestawia zad. Żeby to lepiej zrozumieć, ćwiczyłam chody boczne przy krótkich wodzach, a potem odstawianie zadu na zewnątrz podczas ruchu do przodu. Zwłaszcza to ostatnie słabo mi szło, ponieważ nie umiałam odpowiednio ustawić bioder. Chodziło o to, żeby w swoim ciele zrobić dokładnie to samo, co koń robi w swoim. Odstawianie zadu jest ważne, ponieważ to pierwszy krok do zagalopowania. Dopiero, kiedy udało mi się to dobrze zrobić, Saper ładnie zagalopował. Jak to mówiła Kasia - Saper to koń-profesor, bo robi dokładnie to, co mu się mówi i od razu widać błędy :)
Nie wiem, czy udało mi się spamiętać wszystkie wskazówki i uwagi Kasi, bo była to dla mnie naprawdę wymagająca lekcja - mimo wieloletniego doświadczenia jeździeckiego czułam się jak nowicjusz :) Ale bardzo mi się podobało, nawet przez chwilę się nie nudziłam (a to dla mnie istotne) i czułam, że idzie mi coraz lepiej. Wiem, że dawałam zbyt mocne pomoce, zapominałam często o pierwszej fazie i siedziałam niezbyt dobrze, ale wydaje mi się, że po paru jazdach uda mi się to ogarnąć. Muszę popracować trochę nad rozciąganiem się i nad lekcją pasażera (może uda mi się wreszcie zmobilizować i wsiąść w weekend na Groteskę...).
sobota, maja 21, 2011
Lekcja cierpliwości
Dziś miałam kolejną lekcję z Kasią, bardzo pouczającą, ale przy tym męczącą, bo musiałam wykazać się dużą cierpliwością, co jest dla mnie trudne. Przez pierwszą część lekcji pracowaliśmy nad wchodzeniem na podest. Wcześniej kilka razy udało mi się Dżamala na niego wprowadzić, ale z dużymi oporami. Problem polega na tym, że podest jest dość wysoki, ma trochę wystające ranty, więc jest raczej trudny dla konia, a Dżamal nie orientuje się do końca gdzie ma nogi (wiele wskazuje na to, że wydaje mu się, że ma tylko jedną nogę ;) ), więc wstawianie ich gdziekolwiek to dla niego duże wyzwanie.
Najpierw spróbowałam swoich sił, a Kasia przeprowadzała mnie krok po kroku przez proces zachęcania konia do wejścia na podest. Potwierdziły się moje wcześniejsze przypuszczenia, że w sytuacji, w której Dżamal traci pewność siebie, np. uczy się czegoś nowego, nie do końca wie, czego się od niego oczekuje albo coś sprawia mu trudność, zmienia się w Prawopółkulowego Introwertyka. Na skali koniobowości to dokładnie przeciwna ćwiartka niż Lewopółkulowy Ekstrawertyk, którym jest na co dzień i wymaga dokładnie odwrotnego traktowania. Kasia wyczuliła mnie na szczegóły jego zachowania, które wskazują na to w której półkuli właśnie się znajduje. Kiedy zamyka się w sobie i traci pewność siebie, muszę zwolnić, zmniejszyć presję, prosić bardzo delikatnie. Kiedy wraca mu pewność siebie i zaczyna się nudzić powolnymi postępami, należy zwiększyć wymagania i dynamikę zabaw. Kiedy jest w takim nastroju i skupia się na mnie, jest to moment, kiedy błyskawicznie się uczy i należy to wykorzystać.
Przy wprowadzaniu na podest Dżamal przeobraził się w RBI, więc musiałam bardzo cierpliwie i delikatnie z nim postępować, czekać, aż przeżuje, zastanowi się nad sytuacją itp. Widać było, że on rozumie, że trzeba coś zrobić z nogami, ale nie za bardzo umie. W końcu Kasia przejęła linę, żeby przyspieszyć nieco proces i nauczyć mnie jak postępować w takich przypadkach. Koń wykorzystał sytuację, żeby od razu przetestować nowego człowieka i sprawdzić, kto właściwie jest wyżej w hierarchii. Przy okazji bardzo się ożywił i przeszedł znów w lewą półkulę. Kasia była bardzo stanowcza w jednej kwestii - koń ma stać na przeciwko podestu, nie może go okrążać ani ustawiać się w jakimś innym miejscu. Kiedy tylko przekraczał wyznaczoną linię, machała liną i carrotem, pokazując mu, że to miejsce jest bardzo niefajne i trzeba z niego pójść. Jak tylko wracał w "bezpieczną strefę", wszystko się uspokajało.
Nauczyłam się przy okazji, że muszę zacząć bardziej różnicować moją mowę ciała i ewentualnie dodać głos, żeby w ten sposób nagradzać konia. Kiedy bawimy się na coraz dłuższych linach, bardzo trudno za każdym razem podchodzić i głaskać konia za dobrze wykonane zadanie. Do tej pory korzystałam głównie z postawy neutralnej, czyli odpuszczenia presji, ale Kasia pokazała mi, jak dać koniowi do zrozumienia, że jestem z niego zadowolona i że jest bardzo mądry, poprzez bardziej entuzjastyczną mowę ciała :) Oprócz tego zrozumiałam, że ważne jest to, żeby koń myślał o tym, czym się w tej chwili zajmujemy, czyli kiedy chcę go cofnąć, chcę, żeby myślał o cofaniu, jak wchodzimy na podest, to ma myśleć o podeście. W ogóle jak coś robimy, to ma myśleć też o mnie i zwracać na mnie uwagę. W dodatku jeśli chcę, żeby koń robił coś w swoim ciele, muszę to samo zrobić w moim ciele i dokładanie tak samo jest z umysłem - muszę wyobrażać sobie efekt, który chcę osiągnąć. Taka telepatia :)
Z podestem nadal nie szło zbyt dobrze, więc Kasia skorzystała ze sposobu, którego ja też wcześniej próbowałam, ale z nieco gorszym skutkiem, czyli podnosiła mu nogi i stawiała je na podeście. Na początku był bardzo nieufny i bał się przenieść ciężar ciała na tę nogę, ale po pewnym czasie udało się i wszedł oboma nogami na podest. Miał minę, jakby właśnie zdobył mistrzostwo świata albo najwyższy szczyt :) A my oczywiście chwaliłyśmy go, jakby faktycznie tego dokonał, znalazł się nawet jakiś cukierek w nagrodę. Powtórzyłyśmy to dwa razy i na tym poprzestałyśmy.
Później bawiłyśmy się we wprowadzanie konia do przyczepy. Jako nagroda była tu stosowana trawa (konkretnie: mlecze), czyli kiedy Dżamal się postarał, mógł się chwilę popaść lub dostawał garść zieleniny. Najpierw bawiłam się w siedem gier wokół przyczepy - dowiedziałam się, że Pat wymyślił te gry właśnie na potrzeby ładowania koni do transportu. Później ustawiłam się z boku trapu i prosiłam konia, żeby na niego wszedł. W zasadzie na początku on sam z siebie zainteresował się przyczepą i ją obwąchiwał. Znów ważne było ustawienie go na wprost i odpowiednie wysłanie. Tym razem nie wchodził w prawą półkulę, był podekscytowany, ale tak lewopółkulowo. Kasia pokazała mi jak wspierać konia podczas całego procesu ładowania, jak kierować swoją energię w tym samym kierunku, w którym podąża koń, kiedy pozwolić mu się wycofać, a kiedy trochę go nacisnąć, żeby poszedł dalej. Nie wiem, czy wszystkie detale udało mi się wychwycić, ale chyba ogólny sens zrozumiałam. Cała zabawa poszła bardzo gładko, poza momentem, kiedy Dżamal trącił pyskiem siatkę na siano i to go bardzo przestraszyło, tak, że właściwie wyskoczył z przyczepy. Kasia powiedziała, że w tym momencie nie należało wracał do wchodzenia po trapie krok po kroczku, tylko wykazać się przywództwem i przekonać konia, że w przyczepie nie ma nic strasznego. On na początku był niepewny i szybko się wycofywał, na co Kasia mu pozwalała, a po paru razach odzyskał rezon, zwłaszcza, że w środku czekała na niego trawa :)
Później ćwiczyłam chody boczne przy pomocy jeża, które robiłam wzdłuż naszego samochodu. Po dobrze wykonanym ćwiczeniu Dżamal mógł się chwilę popaść. Jako, że był w stanie umysłu, w którym błyskawicznie się uczył, bardzo szybko załapał o co chodzi i kiedy tylko ustawiłam go bokiem koło samochodu, zanim go jeszcze poprosiłam zaoferował piękne chody boczne wzdłuż całego samochodu i zanurkował w trawę :)
Ogólnie uważam dzisiejszą lekcję za bardzo udaną, byłam po niej bardzo zmęczona, ale czuję, że sporo się nauczyłam, muszę to teraz przetrawić i wcielić w życie. Mam poczucie, że robię postępy i za każdym razem idę krok głębiej, odkrywając kolejne warstwy prawdziwego horsemanship. Nie jest to łatwa droga, bo wymaga ciągłej pracy nad sobą i znajdowania gdzieś w środku kolejnych pokładów cierpliwości, pewności siebie i energii, ale dotychczas nigdy się na niej nie zawiodłam i mam nadzieję, że staję się nie tylko coraz lepszym koniarzem, ale też na pewnym poziomie człowiekiem. Może brzmi to górnolotnie, ale tak to właśnie widzę, jako pracę nad sobą, która nie zawsze jest łatwa, ale do czegoś prowadzi.
poniedziałek, kwietnia 18, 2011
Zdjęcia kwietniowe
Nie mam ostatnio weny do pisania, więc wrzucę parę zdjęć, dzięki uprzejmości Kasi Karlsbad (zdjęcia z lekcji) oraz mojego kochanego teścia, Waldemara Kuczyńskiego.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


