Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Romina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Romina. Pokaż wszystkie posty

sobota, września 05, 2009

Mieszanie w głowie

No i Sylwia mi namieszała w głowie. To znaczy wiem, że to bez sensu i w ogóle, ale namieszała i co ja na to poradzę? Mianowicie przyszła do mnie wczoraj z posłaniem od instruktorki z Sawanki, która postanowiła mnie znowu dręczyć kwestią Rominy. Romina nadal nie została sprzedana i nie zanosi się na to, żeby ktoś miał ją kupić. Ponoć cena jest wysoce negocjowalna i owa instruktorka bardzo by chciała, żebym znów się zajęła Rudą. Cios poniżej pasa...

Muszę przyznać, że bardzo przeżyłam ten moment przed wakacjami, kiedy musiałam nagle, w ciągu kilku dni podjąć decyzję, czy się decyduję na kupno Rominy, czy też rezygnuję. Wówczas zdecydowałam, że nie jestem gotowa na to, żeby pakować się w taki układ z koniem, który ma masę problemów, jest trudny i ja nie wiem, czy mam wystarczająco dużo savvy, żeby sobie z tym poradzić. Uważam, że był to słuszny wybór. Zaczęłam szukać młodego konia bez przeszłości, o koniobowości, która by pasowała do mojego temperamentu. Ale to rozstanie mocno przeżyłam, bo w ciągu tego miesiąca, kiedy się bawiłam z Rominą, bardzo się mocno emocjonalnie zaangażowałam. I teraz, kiedy ten temat znowu wraca, trudno mi podejść do tego obojętnie...

Wiem, że Romina to 7 czy też 8 letni koń, na którym w zasadzie nie da się jeździć, w chwili obecnej mocno introwertyczny prawopółkulowiec, wymagający morza cierpliwości i czasu, żeby zaufać... Czyli zupełnie nie to, czego szukam. Ale z drugiej strony jest w tym koniu coś niesamowicie chwytającego za serce i wspaniałego, naprawdę trudno przejść koło niego obojętnie. Chciałabym jej pomóc, chciałabym zdobyć jej zaufanie. Jeśli by mi się to kiedyś udało, miałabym masę satysfakcji i przyjaciela na całe życie. Ale gdyby mi się nie udało (a nie oszukujmy się, nie jestem Patem Parellim), to zostałabym z poczuciem klęski i koniem, który boi się mnie oraz świata i który gdzieś w środku cierpi... Nie za ciekawa perspektywa.

Dlatego właśnie jest mi bardzo trudno podejść do tego tematu obiektywnie i na spokojnie, powiedzieć sobie albo, że trzeba odpuścić i to nie ma sensu, albo, że w zasadzie mogę spróbować i zobaczymy co będzie. Ech...

Od Romina, 19.04.09


środa, maja 13, 2009

Poszukiwań konia ciąg dalszy

Dawno nie pisałam, a trochę się ostatnio wydarzyło. Romina prawdopodobnie zostanie sprzedana, jest kliku chętnych. Mieliśmy możliwość ją kupić, ale nie zdecydowaliśmy się na to, ponieważ nadal nie mamy pewności, czy umielibyśmy sobie poradzić z tak problematycznym, trudnym koniem. Trochę mi szkoda, bo Romina to fajny, wrażliwy koń, ale myślę, że była to dobra decyzja.

W związku z tym wszystkim zaczęłam szukać jakiegoś nowego konia do zabaw. Mam już na tyle duże umiejętności, że ludzie chcą mi dawać swoje konie do zabaw za darmo i nie muszę płacić za dzierżawę. Okazało się, że córka znajomego mojego ojca ma stajnię w okolicach Czosnowa i bardzo się ucieszyła, że zajmuję się PNH, bo ma 4 konie, dla których nie ma za bardzo czasu. Pojechaliśmy tam w sobotę, żeby się zapoznać z Olą i jej ogonami. Było bardzo sympatycznie, ja będę sięzapewne bawić z 4-letnim wałachem wielkopolskim, Janczarem. Całkiem sympatycny konik, LBE/RBE na pierwszy rzut oka. Ola sama go zajeżdżała taką autorską mieszaniną klasyki i naturalu, chciałąbym za jakiś czas zacząć na niego wsiadać. Pewnym problemem jest rozwalone siodło, także zobaczymy co z tego wyjdzie. Janczar jest zresztą do sprzedania, jakby ktoś był zainteresowany zakupem naturalowego konia (w pensjonacie Oli jest kilka osób, zajmujących się PNH i SNH, więc od nich liznęła trochę wiedzy).

Po tych wszystkich dzierżawach i zmianach koni coraz bardziej czuję, że czas już na własnego konia. Przyglądałam się nawet Janczarowi, ale jakoś wielkopolaki do mnie nie przemawiają. Zaczęłam intensywnie szukać koni w rozsądnych cenach, bo funduszami zbyt dużymi nie dysponuję i okazało się, że w Walewicach można kupić młodzież już od 3 tys. zł. Całkiem rozsądna cena! W przyszłym tygodniu pewnie wybiorę się pooglądać. A tymczasem dowiedziałam się, że w Hubercie niedaleko mnie mają jakieś walewickie konie na sprzedaż. Byliśmy dziś w odwiedzinach...

Oczywiście jestem beznadziejna i nie wzięłam aparatu, więc opis będzie musiał wystarczyć. Oglądałam wałacha o imieniu Jutrznik, po Top Gun xo od Jutrzenka po Elsing oo. Kasztan, z dużą łysiną i skarpetkami, szczupaczy pysk, ok. 165 cm wzrostu, rocznik 2005. Bardzo mi się podobał, błyszcząca sierść i lekki chód, jakby ledwo dotykał kopytami ziemi. Ponoć został sprzedany z Walewic, bo sprawiał problemy przy siodłaniu i wsiadaniu. W tej chwili już prawie rok z nim pracują w Huertusie i choć nadal zdarzają mu się gorsze momenty, to widziałam jak chodził pod siodłem i nie sprawiał problemów. Pracuje z nim całkiem sympatyczny facet, widać że ma dobre podejście do koni, takie spokojne i cierpliwe. Trudno mi się było dowiedzieć o jego koniobowości, bo kiedy pytałam o charakter, słyszałam, że "dobry i nie złośliwy". Co do innych cech to tudno było coś ustalić.

Jutrznik to na pewno koń, którego wezmę pod uwagę. Trochę drogi jak na nasze możłlwości (ok. 7 tys.), no ale zobaczymy. Coraz bardziej przekonuję się co prawda do idei kupienia konia surowego, który nie miał żadnych złych doświadzczeń podczas zajeżdżania, bo to zdaje sięczęsta przypadłość wielu koni. Ola Hordyj mnie do tego namawiała, a ona ma spore doświadczenie. No cóż, trzeba to przemyśleć...

czwartek, kwietnia 23, 2009

sobota, kwietnia 11, 2009

Długa sesja w boksie

Dziś byliśmy u Rominy 2,5 h, z czego znakomitą większość spędziliśmy na przemian w jej boksie. Było mi strasznie przykro, kiedy patrzyłam na to zestresowane, przestraszone zwierzę, które we własnym boksie wyglądało jak w potrzasku:



W związku z tym, że najmniejsza nawet presja bardzo na nią działała (jak na razie wygląda mi na typowego RBI), spędziliśmy baaaardzo dużo czasu, bawiąc się w approach - retreat - reapproach - i jeszcze trochę retreat. Bardzo jasno było widać, że Romina nie boi się liny czy halterka, ale człowieka. Najpierw przez pewien czas starałam sie uzyskać jej rozluźnienie, kiedy byłam w boksie, ale to nie szło za dobrze, więc zaczęłam się bawić we friendly samym halterkiem, bujając nim po prostu w powietrzu. Przestawałam, widząc w niej najmniejszą oznakę rozluźnienia (jak ja żałowałam, że nie mam lustra! Jak można jednocześnie nie patrzeć na konia, bo to presja i jednocześnie zauważyć subtelne zmiany w jego zachowaniu?!). W końcu wyciągnęłam halter w jej kierunku, a ona wyyyyciągnęła szyję na całą długość i go powąchała. Szybko zabrała głowę, a ja dałam jej czas do namysłu. Było sporo przeżuwania, strząsanie adrenaliny, parskanie, a w końcu jedzenie sianka. To była dla mnie duża satysfakcja!

Te 15 - 20 początkowych minut mnie bardzo wyczerpało, więc przekazałam pałeczkę Marcinowi i poszłam powłóczyć się po stajni. W międzyczasie do boksu wprowadzono Kasię, czyli towarzyszkę Rominy. Marcin opowiadał, że to natychmiast zmieniło sytuację, Romina poczuła się pewniej, ale przestała go zupełnie akceptować. Po pewnym czasie dotarło do niego, że to kwestia Kasi, która szczurzyła się na niego, bojąc się, że zaraz weźmie ją na jazdę (to koń szkółkowy). Kasia jest alfą Rominy, więc nasza kobyła natychmiast też zaczęła traktować Marcina jak intruza. W związku z tym Kasia została ustawiona w hierarchii poprzez przesuwanie jej po boksie i przestała wyganiać Marcina z boksu. Wtedy Romina dostrzegła swoją szansę na podniesienie pozycji w stadzie i zaczęła gryźć swoją niedawną alfę. Konie są niesamowite!

Kiedy przyszła znów moja kolej, Kasia została na szczęście zabrana z boksu i miałam ułatwioną sprawę. Pobawiłam się jeszcze dłuższy czas w przybliżanie - oddalanie, Romina powąchała parę razy linę, ale każde moje pół kroku w jej stronę oznaczało odwrócenie głowy albo nawet wtulenie się w w róg boksu. Powolutku udało mi się jednak do niej podejść, nie była to pełna akceptacja, ale uznałam, że w małej przestrzeni boksu nie uda mi się osiągnąć wiele więcej - nie miałam za bardzo dokąd się wycofać. Klacz była nieco spięta, zarzuciłam jej na szyję linę i zaczęłam robić jeża na potylicy, żeby pochyliła głowę. Założyłam jej halterek i wyprowadziłam z boksu.

Zaczęłam z nią spacerować po placyku przed stajnią i uczyć, że ma iść za mną i cofać, kiedy ja cofam, robiąc "wiatrak" liną. Była dość spokojna i po chwili chyba zrozumiała ideę i podążaniem za mną. Zabrałam ją na padok, biorąc po drodze carrot sticka. Okazało się, że Romina nie ma zbyt dobrych doświadczeń z patykami, bo jakiekolwiek machnięcie carrotem traktowała jako sygnał do biegania w kółko wokół mnie z przerażeniem w oczach. Trudno było jej wytłumaczyć, że nie chodzi o lonżowanie. Kiedy stanęłam przy płocie, koń prawie się na niego nadział, po czym zupełnie nie wiedział, co ze sobą zrobić - jak ona ma biegać w kółko, jak tu płot jest? Byłam bardzo zadowolona, bo to przerywało jej pattern.

Kiedy dawałam jej do powąchania sticka, z wahaniem, ale badała go nosem. Natomiast machania stringiem nie mogła znieść. Co jakiś czas obniżałam jej głowę, zaczęła robić to na 1-wszą fazę i nie podnosiła jej bez sygnału - szybko się uczy. Muszę powiedzieć, że nie była jakaś super czujna czy nabuzowana, wyraźnie tylko bała się bata (z czym kojarzył jej się carrot) i zaczynała biegać, ale nie było trudno ją zatrzymać, nie wyrywała się i nie płoszyła. Podążała grzecznie za mną, trochę na mnie wtedy właziła, ale nie panicznie. Nie wpadała też w katatonię, co uważam za dobry znak.

Potem podjechała do mnie jedna z pensjonariuszek sawankowych i parę minut z nią rozmawiałam (pytała, czy nie chcielibyśmy parellowo zajmować się końmi ze stajni hodowlanej, gdzie nikt z nimi nie pracuje, a one stoją i się marnują). W tym czasie ignorowałam Rominę, co chyba dobrze jej zrobiło, bo w kółko przeżuwała i stała bardzo rozluźniona. W ogóle ten koń mnóstwo ciamkał, chyba dzisiejsza sesja dużo dla niej znaczyła. Wydaje mi się, żr Romina potrzebuje dużo czasu i cierpliwości, ale nie jest to żaden potwór i koń nie do ułożenia, a po prostu bardzo wrażliwy RBI, który stracił swoją godność i bardzo boi się ludzi. Mam przeczucie, że kiedy da się jej wystarczająco miejsca, szacunku, miłości i przywództwa oraz zacznie się mówić jej językiem (i to nie za głośno), może się okazać cudownym przyjacielem i partnerem.

piątek, kwietnia 10, 2009

Undemanding time

W środę po raz pierwszy bawiliśmy się z Rominą. Może to nieco za dużo powiedziane, bo po prostu siedzieliśmy u niej na padoku i nawiązywaliśmy relację :)
Od Sawanka 08.04.09

Co chwila ktoś nam przeszkadzał. Najpierw pojawił się Czarek (miłośnik Rominy od czasu, kiedy była źrebięciem), który przyniósł jej marchewkę. Potem stajenni sprzątali wybieg i okolice. Potem przyszli Maciek i Sylwia po jeździe, żeby zobaczyć co robimy. A na koniec jedna dziewczyna przyprowadziła na wybieg Maderę (ponoć Romina jest jedynym koniem, który jest w stanie stać z Maderą na jednym padoku). Zresztą nasza kara ślązaczka przeganiała Rominę przy użyciu "wzroku teściowej" i wyraźnie pokazywała, kto tu rządzi. Rudzielec grzecznie się wycofywał i nie protestował (co potwierdza diagnozę, że może być RBI).
Od Sawanka 08.04.09

Mimo tych wszystkich rozpraszających czynników było całkiem przyjemnie. Koń podchodził do nas kilka razy i obwąchiwał, ale nie pchał się w przestrzeń osobistą, widać, że ma do człowieka szacunek. Nie było też płoszenia się ani żadnych nieprzewidywalnych ruchów. Z naszych obserwacji wynika, że Romina musi wszystko bardzo dokładnie zbadać, najlepiej nosem. Wygląda prawie, jakby miała bardzo słaby węch, bo każdą rzecz obwąchuje z bardzo bliska i niezwykle dokładnie. Myślę jednak, że to raczej kwestia charakteru niż niedostatku zmysłów. Moją rękę też bada zawsze bardzo skrupulatnie, centymetr po centymetrze. Nigdy się jeszcze nie spotkałam u konia z takim zachowaniem.

Od Sawanka 08.04.09

Po zakończeniu naszej sesji wyszliśmy z padoku, ale ja się później wróciłam, żeby zmierzyć jej pysk (zamówiłam u p. Podkowy nowy halter i chciałam, żeby był dobry na jej wielki łeb). Weszłam na wybieg i podeszłam parę kroków. Romina podniosła głowę, więc się zatrzymałam. W końcu to ona pokonała ostatni dystans, który nas dzielił, powąchała i dała sobie zmierzyć pysk. Mam poczucie, że to bardzo kontaktowy, ale również wrażliwy koń, który wymaga dużo wycofywania się, delikatności i cierpliwości, ale ma niesamowicie dużo do zaoferowania w zamian.

Odbyliśmy również rozmowę z trenerem, który ją regularnie objeżdża. Najpierw wyraził swoją zdecydowaną dezaprobatę dla naturalnych metod, czym się za bardzo nie przejęłam. Potem powiedział, że z Rominą nie ma żadnych problemów z ziemi, jest spokojna i posłuszna. Schody zaczynają się dopiero w siodle. Z jego opisu wynikało, że klacz nie akceptuje jeźdźca i wędzidła, buntuje się i bryka (ale nie na tyle, żeby go zrzucić). Zdaje się, że ktoś popełnił poważny błąd przy jej zajeżdżaniu: wsiadł na nią, spadł, uwiesił się jej na pysku, a kobyła przeciągnęła go przez dwa płoty. Podobno w tej chwili i tak jest z nią lepiej, kiedyś właściwie nie dało się na niej jeździć. Trener wspomniał też coś o tym, że Romina ma kiepską budowę, ale jest bardzo skoczna. Kiedy się jej przyjrzałam, to faktycznie dojrzałam kilka błędów budowy: krowia postawa tylnych nóg, beczkowata przednich, dość stroma łopatka. Pytanie, czy są to na tyle poważne wady, że nie ma sensu kupować takiego konia, czy też na nasze potrzeby to nie ma znaczenia.

Zdaje się, że w stajni zawiązała się już koalicja, która by chciała, żebyśmy kupili Rominę. Przyznam, że myślę o tym, żeby się na nią zdecydować, kiedy będę miała fundusze. Póki co pobawimy się z nią co najmniej miesiąc i zobaczymy, czy naturalne metody zmienią jej podejście (strach przed ludźmi i siodłem), czy też jest to na tyle poważna sprawa, że nawet wiele lat pracy nie zmieni jej urazu i zawsze już będą z nią problemy. Joasia (instruktorka) uważa, że jest to dla nas idealny koń (a my dla niej idealnymi właścicielami), bo naturalne metody to właśnie to, czego jej potrzeba. Zobaczymy...

niedziela, kwietnia 05, 2009

Romina

Zrobiliśmy dziś parę zdjęć Rominy. Wiola powiedziała, że możemy się z nią zacząć bawić i zobaczyć, jak nam idzie. Romina jest na sprzedaż i to w naszym zakresie cenowym, więc kto wie... Rozmawiałam o niej z Joasią (instruktorką) i ona twierdzi, że jest to klacz niezwykle inteligentna, uważna i skupiona, ma szacunek do człowieka, ale jest przy tym niesamowicie wrażliwa. Wiola chce ją sprzedać, ponieważ nie za bardzo da się na niej jeździć, ponosi, wariuje itp. Póki co trenuje z nią sawankowy trener (były członek kadry olimpijskiej, z tego co słyszałam) - zdaje sie, że tylko on sobie z nią jako tako radzi. Ostatnio zmienili jej ogłowie na hackamore i ponoć od razu lepiej się z nią pracuje. Jestem bardzo ciekawa, jak nam będzie z nią szło, Marcinowi Romina się strasznie podoba. Ja nie jestem pewna, czy będę potrafiła być wystarczająco delikatna i wycofana jak na jej potrzeby (wydaje mi się, że jest RBI), ale zobaczymy. Ma wrażenie, że to szalenie ciekawy koń.

Od Sawanka 05.04.09

Od Sawanka 05.04.09

Od Sawanka 05.04.09

Od Sawanka 05.04.09

Od Sawanka 05.04.09

Dziś znów rozwaliłam sobie dłoń, bawiąc się z Ejenem, tym razem na samym końcu. Przez całą sesję udało mi się powstrzymać odruch zaciskania ręki, raz nawet puściłam linę, kiedy wyrwał się wyjątkowo mocno, ale ponieważ byłam na zamkniętym padoku, to zaraz go złapałam i nie było problemu. Kiedy już wracaliśmy do stajni, zagapiłam się przy wychodzeniu z małego padoku i koń wyrwał jak strzała do przodu. Na dużej ujeżdżalni jeździł ktoś na lonży i przestraszyłam się, że koń może się spłoszyć i będzie problem, dlatego rozpaczliwie złapałam linę. Było to zupełnie bez sensu, ponieważ Ejen zdążył już nabrać pędu w galopie i nie miałam najmniejszych szans, a rękę sobie mocno przytarłam. Cóż - "learn burn", jak mawia Linda. Pozytywne było to, że zatrzymał się przed Olą, która poszła go złapać, a pędził na nią pełnym galopem. Była bardzo zaskoczona, ponoć zazwyczaj w takich sytuacjach przebiegał po człowieku.

Reszta zabaw przebiegła nieco lepiej. Ćwiczyliśmy dziś znów wchodzenie do hali i Ejen już parę razy do niej wszedł, po czym szybko wyszedł. Skończyłam zabawę, kiedy wydawał mi się względnie spokojny i poszliśmy dalej. Był dziś wyjątkowo rozproszony, bardzo łatwo tracił koncentrację i nawet nie za bardzo chciał się bawić w "dotknij nosem", co zazwyczaj lubi. Bardzo starałam się prowadzić go z zachowaniem szacunku dla jego barier, na plac dotarliśmy w lewej półkuli, było naprawdę nieźle.

Niestety potem jak zwykle zaczęła się włączać prawa półkula. Było mi trudno utrzymać jego uwagę, wciąż się wyrywał, robił "odkurzacz", intensywne cofanie nic nie pomagało. Chciałam pobawić się z nim w ósemki i to przez pewien czas skupiło jego uwagę, zaraz potem skończyłam zabawę i wtedy właśnie mi się wyrwał. Z ósemkami szło nienajgorzej, na początku kompletnie nie łapał, o co mi chodzi, ale w końcu zrobił jedną względną ósemkę i na tym zakończyłam. Niestety, on większośc sygnałów traktuje jak prośbę o ruch do tyłu (poza odesłaniem, które zazwyczaj działa nienajgorzej), to pewnie moja wina, bo bardzo często go cofam. Cóż, w obecnej sytuacji chyba nic nie potrafię na to poradzić.

Okazało się również, że straciłam friendly z savvy stringiem. Długi czas zajęło mi ponowne pokazanie Ejenowi, że zarzucanie stringa przy odpowiedniej mowie ciała nie oznacza ruchu naprzód, a prośbę o rozluźnienie. Zwłaszcza, że jak tylo szedł do przodu, to zaczynał się nakręcać... Paranoja. W każdym razie kiedy już stał spokojnie, zaczął przejawiać tendencję introwertyczną, stał blisko mnie (a kiedy go odsuwałam, to zaraz znów podchodził), ale nie chodziło o brak szacunku, tylko o niepewność. Trzymał głowę nisko, jaby chciał się we mnie wtulić i schować przed światem, ale mrugał, więc nie było bardzo źle. Potem położył mi głowę na ramieniu - mam wrażenie, że to też była chęć zbicia się w stado i ukrycia. Trochę FG pozwoliło mu się chyba z tego otrząsnąć.

Mam momentami wrażenie, że ten koń mnie przerasta. Czasem jest lewopółkulowy i ciekawski, ale bardzo szybko przechodzi w prawą półkulę i jest szalenie trudno go sprowadzić z powrotem. Potrafi się cofać, nadal nie myśląc. Jak było dziś widać, czasem z kolei zmienia się w prawopółkulowego introwertyka. Jest strasznie skomplikowany, ma duże problemy z emocjami i pewnością siebie. Coś tam mi się udało z nim zdziałać, znacznie częściej przeżuwa, jak jest w lewej półkuli to nieźle się ze mną synchronizuje - kiedy go prowadzę, cofa nogę wtedy, kiedy ja. Ale nadal mam z nim duże problemy.