czwartek, listopada 10, 2011

Jazda na Saperze bez halterka

W środę miałam kolejną jazdę na Saperze - zamierzam wykorzystać okazję, że instruktorka Parelli stacjonuje w miarę blisko Warszawy i jak najwięcej się nauczyć. Tym razem również było świetnie, Kasia to naprawdę dobra nauczycielka. Ja jestem typem osoby, która szybko się uczy i szybko nudzi (LBE) i do tej pory nie spotkałam właściwie nauczyciela, który umiałby dostosować tempo nauki do moich potrzeb. Kasia to potrafi doskonale, balansuje na granicy moich możliwości, daje mi na tyle dużo wolnej ręki, żebym mogła się poczuć swobodnie i eksperymentować, ale jednak cały czas daje mi wskazówki i ćwiczenia do wykonania. Jestem zachwycona :)

Najpierw zaczęliśmy od rozgrzewki z ziemi. Saper nie chodził przez 4 dni, więc miał więcej energii niż poprzednio. Musiałam bardzo uważać na poziom energii, bo więcej myślał o kłusie i galopie niż stępie :) Kasia pokazała mi fajny sposób odsyłania na koło. Najpierw pokazuję kierunek, biorąc odpowiednią do chodu ilość energii. Jeśli koń nie rusza, zaczynam powoli unosić sticka z wyraźną intencją użycia go - rośnie napięcie. W końcu mocno pacam stringiem za zadem konia. To powinno w zupełności wystarczyć, żeby wystartował jak rakieta. Udało mi się chyba dobrze to zrobić, bo przy następnym odesłaniu Saper ruszył na sam wzrost napięcia, a przy kolejnym już na samo pokazanie kierunku. Bardzo mi się to spodobało, naprawdę zrobiła się z tego gra i niemal chciałam, żeby tym razem nie ruszył wystarczająco szybko, żeby móc pobawić się w "suspense" ;)

Później Kasia zaproponowała, żebym spróbowała cofania poprzez jeża na ogonie (ciągnie się za kilka włosków do tyłu). I tu znów fajnie, że dała mi czas, żebym sama wymyśliła jak to zrobić, a kiedy coś szło nie tak, delikatnie korygowała. Było to dla mnie pewne wyzwanie, ponieważ trochę boję się stać z tyłu za koniem, ale postanowiłam zaufać Saperowi. Reagował na bardzo delikatną fazę. Potem tylko cofałam, bez ciągnięcia za ogon i też za mną tyłem podążał. Fajne, muszę to zrobić z Dżamalem :)

Na koniec próbowałam chodów bocznych w kłusie, teraz będę lepiej wiedziała jak to pokazać mojemu arabkowi. Kluczowe jest odpowiednie ustawienie - wtedy nie trzeba używać za dużo sticka. Co prawda kiedy oglądam Lindę, to ona właściwie zawsze przy chodach bocznych macha lekko stickiem, ale może to na potrzeby publiczności, żeby było lepiej widać co robi.

Sama jazda wyszła znacznie lepiej niż poprzednio. Chyba udało mi się zapamiętać właściwą postawę i choć oczywiście sporo jeszcze brakuje do doskonałości, to Kasia mówiła, że stanowimy z Saperem znacznie ładniejszy obrazek :) Od razu widać to było po reakcjach konia. Właściwie nie miałam problemu z jechaniem wzdłuż ściany, nie zatrzymywał się też przy Kasi. Drobne korekty wychodziły lekko i nie było ich dużo. Oczywiście za chwilę poziom wymagań się zwiększył :)

Miałam ćwiczyć "million transitions", czyli przejścia ze stępa do kłusa i znów do stępa, zatrzymania i cofania, ale również wydłużenie i skrócenie kroku w ramach tego samego chodu. W dodatku chodziło o to, żeby do wykonania przejść używać tylko energii. Nie szło mi zbyt fenomenalnie, przyspieszanie ogólnie było łatwiejsze niż zwalnianie. Po jakimś czasie jednak udało mi się zaobserwować takie momenty, kiedy koń na chwilę się na mnie skupiał i zadawał pytanie: "czy teraz zwalniamy, czy przyspieszamy? Mówisz coś do mnie właściwie?". Pierwszy raz coś takiego poczułam z siodła, było fajne i bardziej subtelne niż z ziemi. Oznaczało to, że zaczynamy się zgrywać. Przejścia do kłusa zaczęły być bardziej płynne, bo przestałam po paru razach zostawać za ruchem, osiągnęliśmy też naprawdę szybki kłus (anglezowanie nie było bardzo łatwe). Wtedy Kasia doszła do wniosku, że jesteśmy gotowi na... zdjęcie halterka.

Nigdy wcześniej nie jechałam na "gołym" koniu, ale zupełnie się nie bałam - Saper jest bardzo zrównoważony i naprawdę zachowuje się jak partner. W dodatku wiedziałam, że w razie kłopotów Kasia na pewno mi pomoże. Okazało się, że właściwie bez wodzy jeździ mi się łatwiej i wygodniej niż z nimi (rzecz jasna nie byłoby tak bez wcześniejszego zgrania, tak jak z Liberty)! Nie trzeba myśleć ciągle o linkach i się w nich plątać, dzięki temu można się bardziej skupić na działaniu energią i dosiadem (oczywiście miałam carrot sticka jako pomoc w sterowaniu). Mam tendencję do używania zbyt dużo wodzy (nawyk klasyczny) i kiedy ich nie ma, to nagle nie mam problemu ze stosowaniem innych pomocy. Powtórzyłam wszystkie ćwiczenia tym razem w wersji bezhalterowej, szło nam zupełnie nieźle. Przeszliśmy później do zagalopowania - Saper był bardzo chętny. Chciałam najpierw poćwiczyć odstawienie zadu od ściany jako przygotowanie, ale kiedy tylko dałam taki sygnał, poczułam w nim entuzjazm: "Galop? Czy masz na myśli galop?". No to pogalopowaliśmy :) Kasia twierdzi, że Saper ma niezbyt wygodny galop i duże foule, ale mi się siedziało bardzo dobrze - może po prostu tez lubię galopować :) Zdarzało się nam co prawda zatrzymywać w narożnikach - ponoć efekt uboczny gry w narożniki - ale było naprawdę fajnie.

Później trochę już się zmęczyłam, więc poćwiczyłam robienie różnych figur na ujeżdżalni typu wolty, półwolty, wężyki, zmiany kierunku. Czułam, że coraz lepiej się dogadujemy z Saperem, wyczuwał nawet przeniesienie środka ciężkości. Dzięki temu zyskiwałam coraz większą świadomość tego, jak mam ułożone nogi, jak siedzę i co robię w swoim ciele. Najtrudniejsze jest dla mnie odstawianie zadu, bo ramiona trzeba mieć prosto i skręcić się tylko w biodrach tak, jak koń ma to zrobić w swoich. Ciężka sprawa! Zrobiłam też trochę chodów bocznych - chyba już wiem, gdzie ma być łydka przy skręcaniu, gdzie przy ustępowaniu, a gdzie przy odangażowaniu zadu. Na koniec pobawiłam się jeszcze w stick to me z ziemi (nadal bez halterka). W porównaniu z Dżamalem Saper trzymał się dalej ode mnie - ale trudno się dziwić, nie znamy się aż tak dobrze.

Przy odrobinie szczęścia w przyszłym tygodniu znów się wybiorę do Rzęszyc. Gdyby Kasia została tu jeszcze z miesiąc-dwa, mogłabym może zdawać L2 Freestyle na Saperze :)

środa, listopada 09, 2011

Powitalne rżenie

W niedzielę Dżamal zrobił mi wspaniałą niespodziankę. Najpierw podszedł do mnie na pastwisku ze znacznie większej niż zwykle odległości (przeskoczył nawet w tym celu rów), a potem cicho zarżał - pierwszy raz zrobił coś takiego :) Byłam naprawdę szczęśliwa - to chyba znaczy, że idę w dobrym kierunku. Poszliśmy sobie wspólnie bez halterka do bramy, a później już z halterkiem do czyszczenia i na plac.

Zaczęłam od sprawdzenia, jak działają wszystkie gry i było wyjątkowo dobrze, nawet jeż, który często idzie z oporami (zwłaszcza przy odangażowaniu zadu) wychodził leciutko, od 1 fazy. Zaczęliśmy od okrążania, po drodze były przeszkody w postaci drąga i opon. Na początku zaparkował przy oponach, ale pozwoliłam mu przy nich trochę postać i wysłałam ponownie. Tym razem z pewnym wahaniem przeskoczył przeszkodę. Bardzo go pochwaliłam i wysłałam jeszcze dwa razy - za każdym razem coraz pewniej skakał. Uznałam, że na tym skończę to ćwiczenie, żeby mu się dobrze kojarzyło.

Później ćwiczyliśmy chody boczne kłusem - podpatrzyłam to podczas wizyty u Kasi. Najpierw wysyłałam Dżamala na koło kłusem, a kiedy dobiegał do płotu od razu prosiłam o chody boczne z wysoką energią i sama też biegłam kłusem. Zostawał mocno zadem, ale szedł kłusem, więc chyba ogólna koncepcja do niego dotarła - będziemy to jeszcze ćwiczyć.

Byłam bardzo zadowolona z jego postępów, więc postanowiłam dać mu trochę swobody i pokazałam, że teraz jest czas na jego pomysły - robimy to, co on chce. Podczas wcześniejszych zabaw ciągle miał swoje pomysły, ale tym razem oczywiście nie chciał niczego proponować - konie zawsze robią wszystko odwrotnie :) Tak więc przeszliśmy do schematu spadającego liścia i "S"-ek, z przewagą tych drugich - chcę popracować trochę nad przyciąganiem, bo prowadzenia idzie nam już nieźle. Dlatego ćwiczyłam też przywoływanie go do mnie na różne sposoby, np. cofając się coraz szybciej albo przywołując go do mnie na kole cofając się zamiast odangażowując zad. Bawiliśmy się też przez chwilę w wysyłanie konia wokół słupka - kiedy lina się napina, koń ma za zadanie wyczuć to i zawrócić. Wtedy wysyłamy go w drugą stronę za inny słupek i tak "odbijamy konia", ucząc go wyczulenia na nacisk halterka.

Jako, że przekazywanie Dżamalowi inicjatywy niezbyt wyszło, a chciałam dać mu trochę luzu, zdjęłam mu halter i puściłam na dużym placu. Sama siedziałam sobie w jednym miejscu i przyglądałam mu się spod oka. Jak na niego przystało, Dżamal snuł się po placu - to się zatrzymał przy bramie, to zerkał na stado, parę razy przeszedł koło mnie, ale ani razu nie podszedł bliżej. Po jakichś 15-20 minutach postanowiłam go przywołać. Chwilę bawiliśmy się w catching game - wychodzi nam teraz o wiele subtelniej niż kiedyś, ja robię krok w jedną, on w drugą, więc ja się cofam, więc on robi krok do przodu - fajnie widać, jak na mnie reaguje. W końcu ruszył żwawo w moim kierunku, ja zaczęłam się cofać i podkusiło mnie, żeby zrobić "mini S-ki", czyli bardzo delikatnie prosiłam go o dwa kroki trochę w lewo, dwa trochę w prawo - wyszło super! Te zmiany były mimnimalne, ale wyraźne dla mnie - widziałam kiedyś, jak Pat bawił się podobnie z koniem, prosząc go o jedynie drobną zmianę kierunku. Byłam z nas obojga bardzo zadowolona.

Spotkanie zakończyliśmy jak zwykle spacerem - niezbyt długim, bo wiał bardzo silny wiatr.

niedziela, listopada 06, 2011

Okrążanie

Ostatnie spotkanie z Dżamalem było diametralnie różne od poprzedniego. Sam podszedł do mnie na pastwisku - tylko parę kroków, ale bez zabawy w catching game - dla mnie to spora różnica. Założyłam na niego siodło z nowo dopasowanym łękiem - wydaje mi się, że lepiej leży, ale jeśli Dżamal się jeszcze rozbuduje mięśniowo (co mam nadzieję w końcu nastąpi), to będę musiała kupić większy. Postanowiłam całą lekcję zrobić z siodłem na grzbiecie konia, żeby się powoli przyzwyczajał. 

Na początek ćwiczyliśmy okrążanie. Na kole leżały dwie przeszkody - drąg i ułożone w niską przeszkodę opony. Dżamal stosował swoją standardową strategię, czyli parkował przy oponach i wkładał w nie nogi, rozmontowując przy okazji przeszkodę. Spróbowałam poradzić sobie z tym metodą: kiedy stoisz przy oponach, musisz coś robić, jeśli od nich odejdziesz, zostawiam cię w spokoju, ale nie pomogło - najwyraźniej przeszkody budzą w nim naprawdę sporą fascynację. Po pewnym czasie doszłam do wniosku, że muszę być stanowcza - nie może być tak, że koń mnie kompletnie ignoruje, kiedy proszę go o odejście od opon. Odsyłałam go, używając wyraźnie 4 faz. Po użyciu czwartej, wracałam znów do pierwszej (widziałam kiedyś, jak Pat w ten sposób uczył nowego konia i doszłam do wniosku, że to dobra metoda w tym wypadku). Zadziałało. Koń wreszcie ruszył i znacznie lepiej nam się współpracowało podczas reszty sesji. Chyba dobrze trafiłam z momentem, kiedy powinnam być stanowcza :) Udało nam się nawet kilka razy przeskoczyć przez opony.

Później ćwiczyliśmy okrążanie, postanowiłam wymagać od Dżamala więcej niż 2-3 kółka, o które go proszę zazwyczaj. Okazało się, że po 3 kółkach koń się zaczyna nudzić i kombinować. Jakoś wcześniej nie zauważyłam, że ma problem z utrzymaniem ruchu po kole przez dłuższy czas - będziemy teraz nad tym pracować.

Później poszliśmy do roundpenu i pobawiliśmy się w trochę Liberty. Tym razem szło bardzo fajnie, mieliśmy nie najgorsze połączenie. Na razie wchodzimy do roundpenu tylko na parę minut, zresztą takie są zalecenia Lindy - od konia wymaga to dużego skupienia i jest męczące na dłuższą metę.

Na koniec poszliśmy sobie na długi, przyjemny spacer. Mam wrażenie, że Dżamal naprawdę to lubi :)

To był dosyć ogólny opis, ponieważ nie pamiętam już wszystkich szczegółów, ale dziś znów będę u Dżamala i obiecuję szybciej coś napisać.

czwartek, listopada 03, 2011

Jazda na Saperze

Nie pisałam o niedzielnych zabawach z Dżamalem z braku czasu, ale dziś będzie o czym innym, ponieważ  miałam po raz pierwszy lekcję jeździecką u Kasi Jasińskiej (dla członków Parelli Connect taka lekcja jest w chwili obecnej za darmo - polecam). Wybrałam się kawałek od Warszawy, bo aż do stajni Rzęszyce. Była ładna pogoda, ale i tak zajęcia miałyśmy w hali - bardzo przestronnej i widnej, z fajnym podłożem i lustrami. Jako mój partner występował Saper - koń Kasi, bardzo sympatyczny LBE. 

Na początek zrobiliśmy rozgrzewkę, chwilę pobawiłam się z nim z ziemi, później wzięła go na chwilę Kasia. Kiedy zobaczyłam, jak się z nim bawi, doszła do wniosku, że ja jednak nic nie wymagam od Dżamala i czas przykręcić mu trochę śrubę :)

Później wsiadłam i zsiadłam z konia, prawie się przewracając - jaki on jest wysoki! Nie spodziewałam się, że ziemia jest aż tak daleko. Ponownie wsiadłam, tym razem z prawidłowymi etapami i zaczęłyśmy jazdę. Oczywiście na początku wszystko mi się plątało - lina, carrot stick oraz która łydka, gdzie i kiedy. Tak to jest, jak człowiek od małego jeździł klasycznie, a teraz musi się przestawić. Trudno zwalczyć stare nawyki... Kasia jednak była bardzo cierpliwa, Saper zresztą również, więc powolutku ogarniałam to wszystko. Okazało się rzecz jasna, że mój dosiad pozostawia wiele do życzenia (nie było to dla mnie wielkim zaskoczeniem), mam mało rozciągnięte nogi, ścięgna, mięśnie itp. i dlatego ciężko jest mi usadzić się w odpowiedni sposób. Czas się za siebie wziąć... Lustra na ścianach hali bardzo się przydawały - od razu widziałam, kiedy za bardzo odchylam się do tyłu. Dodatkowo miałam w stępie cały czas mocno "pedałować", unosząc pięty do góry w takt kroków tylnych nóg konia i poruszając górą ciała w takt przednich. Im mocniej pedałowałam, tym koń wydłużał wykrok. Całkiem fajnie działało :)

Saper, jak to LBE, cały czas próbował robić mnie w konia, starał się podchodzić do Kasi i jechać dokładnie odwrotnie niż to, czego ja bym chciała. Próbowałam kilku strategii, ale najlepiej mi szło, kiedy miałam wodze ułożone w "california roll" i kiedy koń odjeżdżał od ściany ujeżdżalni, przykładałam zewnętrzną łydkę, podnosiłam rękę do góry i kierowałam we właściwą stronę. Kiedy to nie pomagało, używałam sticka, kierując nos, szyję lub łopatkę do ściany. Po chwili udało nam się bez większych problemów podążać wzdłuż ścian. Dzięki temu mogłam przejść do kłusowania. Moje nawyki i tym razem stały na przeszkodzie. bo zamiast mocno wstawać przy anglezowaniu miałam tylko pozwalać się wybijać ruchowi konia i unosić się tylko odrobinę. Przy okazji miałam mieć zaokrąglone trochę plecy, żeby koń mógł w ten sam sposób zaokrąglić swoje. Po paru razach zaczęło się udawać, rozluźniłam się i zaczęłam bardziej miękko anglezować, było to całkiem przyjemne.

Po pewnym czasie Saper chyba zaczął się nudzić i próbować na mnie nowych strategii. Dwa razy prawie spadłam - nie działo się nic wielkiego, po prostu zrobił nagły skręt, którego się nie spodziewałam, a z moją równowagą jest niestety krucho. Trudno idzie mi również właściwe wypozycjonowanie łydek, a to bardzo ważne. Przy skręcaniu noga musi iść trochę do przodu, łydka na "środku" konia to sygnał do chodów bocznych, a przesunięta do tyłu przestawia zad. Żeby to lepiej zrozumieć, ćwiczyłam chody boczne przy krótkich wodzach, a potem odstawianie zadu na zewnątrz podczas ruchu do przodu. Zwłaszcza to ostatnie słabo mi szło, ponieważ nie umiałam odpowiednio ustawić bioder. Chodziło o to, żeby w swoim ciele zrobić dokładnie to samo, co koń robi w swoim. Odstawianie zadu jest ważne, ponieważ to pierwszy krok do zagalopowania. Dopiero, kiedy udało mi się to dobrze zrobić, Saper ładnie zagalopował. Jak to mówiła Kasia - Saper to koń-profesor, bo robi dokładnie to, co mu się mówi i od razu widać błędy :)

Nie wiem, czy udało mi się spamiętać wszystkie wskazówki i uwagi Kasi, bo była to dla mnie naprawdę  wymagająca lekcja - mimo wieloletniego doświadczenia jeździeckiego czułam się jak nowicjusz :) Ale bardzo mi się podobało, nawet przez chwilę się nie nudziłam (a to dla mnie istotne) i czułam, że idzie mi coraz lepiej. Wiem, że dawałam zbyt mocne pomoce, zapominałam często o pierwszej fazie i siedziałam niezbyt dobrze, ale wydaje mi się, że po paru jazdach uda mi się to ogarnąć. Muszę popracować trochę nad rozciąganiem się i nad lekcją pasażera (może uda mi się wreszcie zmobilizować i wsiąść w weekend na Groteskę...).