środa, października 20, 2010

Ambassador of Yes

Kolejny dowód na to, że warto być członkiem Savvy Club, a właściwie nawet dwa powody. Pierwszy jest taki, że w niedzielę oboje z Marcinem mamy bezpłatną lekcję z naszym pierwszym polskim instruktorem PNH, czyli Kasią Jasińską. Nie mogę się doczekać! Drugi to inspiracja, którą mogę czerpać z płyt i artykułów, które dostaję co miesiąc. Podzielę się z Wami moją ostatnią inspiracją, mianowicie koncepcją "Bycia na tak". W sumie słyszałam to już nie raz, ale tym razem zrozumiałam, jak mogę tego użyć w praktyce.

W PNH najważniejsze jest stworzenie partnerskiej relacji z koniem i robienie rzeczy "dla konia", a nie "koniowi". Dlatego tak ważne jest, żeby konia nie krytykować, nie karać, nie mówić mu, że tego czy tamtego mu nie wolno, nie dawać mu negatywnych informacji. Zamiast tego należy budować pozytywne emocje i używać końskiej psychologii, żaby osiągnąć zamierzony efekt. W pewnym sensie trochę manipuluje się koniem, że  by rzeczy przez nas pożądane były dla niego przyjemne i chciał je robić, a pozostałe, żeby były niewygodne i niefajne. Chodzi o to, żeby koń sam doszedł do wniosku, co mu się opłaca robić i żeby miał poczucie, że to jego pomysł i w zasadzie to on nas podszedł, a nie my jego :P

Jednym ze sposobów, aby to osiągnąć, jest zasada "Bycia na tak" (Ambassador of Yes) zamiast "Bycia na nie" (Minister of No). Kiedy dochodzi do nieporozumienia między tobą a koniem, zamiast wchodzić w nim w kłótnię i forsować swój pomysł na wykonanie danej rzeczy (np. stój w miejscu, kiedy cię czyszczę), należy zachęcić konia, żeby robił to, na co ma ochotę... tylko trochę bardziej. W naszym przykładzie koń zaczyna łazić, więc zachęcamy go do tego, popędzając go i zachęcając do ruchu wokół siebie, szybciej, niż koń miał zamiar ("Chcesz chodzić? Świetny pomysł, pomogę ci!"). Kiedy dociera w miejsce, gdzie chcemy go czyścić, prosimy o zatrzymanie. Jeśli znów się rusza, powtarzamy operację. (Dżamal po kilku takich rundkach stał spokojnie w miejscu przez 15 minut!). Bez kłótni, bez szarpania się, po prostu koń dochodzi do wniosku, że po co ma się ruszać, skoro w końcu i tak ląduje w poprzednim miejscu. Kwestia stania przestaje być grą dominacyjną "kto kogo" i nagle wszyscy są zadowoleni. 

Ten sposób rozumowania wykorzystałam też do catching game, czyli łapania konia na pastwisku. Kiedy do niego podchodziłam, a on się odwracał i odchodził, podnosiłam energię i machałam carrotem ("Chesz tam iść? Pomogę ci!") - w efekcie Dżamal odbiegał kłusem lub galopem i kawałek dalej wracał dopasienia się. Po 4 czy 5 razach okazało się, że koń stoi, patrząc na mnie, z nastawionymi uszkami, a kiedy się przemieszczam, obraca się za mną! Byłam zachwycona :)

Chciałam się też pochwalić chwilą Libetry, czyli zabawy bez liny. Któregoś dnia w ramach przerwy w grach puściłam Dżamala luzem na placu zabaw. Na pastwisku obok był ogier i mój arabek poszedł go denerwować (co uwielbia). Bałam się trochę, że ogier w końcu przeskoczy ogrodzenie, więc poszłam zabrać stamtąd  Dżamala, mając przy sobie tylko carrota. Obróciłam go jeżem na przodzie i poszedł za mną, prowadziłam go w 2 strefie. Kiedy przechodziłam koło pniaczka, wskazałam go palcem, a Dżamal go przeskoczył! A potem znów się do mnie podłączył i podeszliśmy do miejsca, gdzie zostawiłam linę. W dodatku miał znacznie mniej "crabby" wyraz pyska niż zazwyczaj. Chyba lubi zabawy na wolności :)

Z innych ciekawostek Marcin odkrył, że konie bardzo lubią dźwięk saksofonu - puszczał im muzykę na pastwisku i całe stado przyszło oglądać jego komórkę :DDD




wtorek, września 28, 2010

Paskudztwo naskórne

Dżamal niestety nadal ma paskudztwo na skórze, weterynarz nie wie co to jest. Leczymy mikroorganizmami, na razie nie ma poprawy, ale też choroba się nie rozprzestrzenia. Jest podejrzenie, że to uczulenie na jakieś zioła (np. dziurawiec w połączeniu ze słońcem). No cóż, póki co go to nie swędzi, więc chyba mu nie przeszkadza za bardzo, zobaczymy co będzie dalej.

Ostatnio byłam u konia z rodzicami i poszliśmy na spacer. W porównaniu z poprzednimi wyjściami Dżamal był spokojniejszy i bardziej mi ufał. Nawet, kiedy przechodziliśmy blisko krów, na chwilę się zatrzymał, cofnął, ale kiedy poprosiłam o ruch naprzód, poszedł bez dalszych dyskusji. Kiedy wracaliśmy tą samą drogą prawie nie zwrócił na krowy uwagi. Widzę, że robimy postępy :) Poza tym usłyszałam od stajennego, że przy nas Dżamal jest znacznie grzeczniejszy niż kiedy nas nie ma i potrafi pokazać różki. Wiem, że to wredne, ale ucieszyłam się, że koń ma do nas jednak jakiś szacunek :P

Zaczęłam ostatnio trochę eksperymentować ze smakołykami. Poprzednio miałam Winter Lobs St. Hippolyta, ale one smakowały Dżamalowi tak średnio. Teraz kupiła jabłkowe przysmaki Eggersmanna i koń oszalał na ich punkcie. Daję mu nagrodę, kiedy wyjątkowo się postara. Jako, że to sprytna bestia, bardzo szybko załapał tę zasadę. Kiedy robi coś byle jak, nie prosi o smakołyk, ale kiedy się postara, od razu wyciąga pysk :D Przy wypuszczaniu też go dokarmiam, bo chcę, żeby się nauczył przez chwilę zostawać przy bramie, zamiast odbiegać galopem, jak mu się parę razy zdarzyło. Bawię się z nim przy okazji, podając smakołyk np. pomiędzy jego przednimi nogami, żeby musiał się trochę postarać.

Uznaliśmy z Marcinem, że spróbujemy z Dżamalem wprowadzić w życie ideę "zero brace", czyli postępowania z koniem w taki sposób, żeby nie było w nim żadnego napięcia czy sprzeciwu. Oznacza to np. zakładanie haltera przez pół godziny, czekając, aż koń naprawdę chętnie włoży w niego głowę. Mi to zajęło jeszcze dłużej, bo po chwili takiej zabawy Dżamal się znudził i poszedł sobie. Więc poćwiczyłam przy okazji catching game na kilkuhektarowym pastwisku - doznania niezapomniane :) Ale w końcu udało mi się osiągnąć przynajmniej częściowy sukces, bo Dżamal poszedł ze mną bez takiej zmarszczki na nosie, którą zazwyczaj ma i z uszkami do przodu, zamiast do tyłu, jak najczęściej. Następnym razem Marcin bawił się z nim w grę, gdzie koń wygrywał, wsadzając łeb do haltera. Kiedy przyszłam po niego w niedzielę, sam niemal założył sobie halter - widać zapamiętał grę :)

Bardzo się cieszę, że Marcin też się bawi z Dżamalem. Mam wrażenie, że dobrze się dogadują. Marcin ma swoje własne metody, które nie są kanonicznym PNH, ale obaj dobrze się bawią i to chyba najważniejsze.

sobota, września 18, 2010

Update

Wiem, wiem, ostatnio nic nie piszę i w ogóle się obijam. Ale na szczęście tylko w kwestii pisania, bo u Dżamala bywam regularnie. Ostatnio nawet Marcin zaczął się z nim bawić, więc dzielnie pracujemy nad wychowaniem młodzieńca (w sensie Dżamala). 

Mam wrażenie, że z szacunkiem u Dżamala jest coraz lepiej, przestał na mnie tak często włazić, trochę bardziej szanuje moją przestrzeń. Ciągle ma trochę problemów ze skupieniem się na człowieku, buja myślami w obłokach. Przez jakiś czas przechodził okres buntu, nie chciał podejść na pastwisku, uciekał, a po zdjęciu halterka puszczał się galopem w kierunku stada, ale teraz mu to już na szczęście przeszło. 

Uczę go schematu "touch it" w wersji dotykania czegoś nogą i wchodzenia na różne rzeczy. Mamy w stajni taką deskę z równoważnią i Dżamal chętnie już na niej staje. Marcin nauczył go nawet wspólnego bujania się, czyli człowiek stoi na jednej stronie huśtawki, koń na drugiej i robi krok do przodu - krok do tyłu, huśtając człowieka :) Pracujemy też nad okrążaniem - Dżamal ma już 2,5 roku i myślę, że trochę pracy na okręgu mu nie zaszkodzi. Zabawa w "tag", czyli dotknięcie stringiem, jeśli koń nie wystartuje wystarczająco szybko do okrążania, bardzo mu się podoba i ostatnio zaczął wygrywać :) Faza allow i bring back również działają dobrze. Ładnie robi przejścia do kłusa, gorzej idzie z przejściem do stępa, bo na carrota przed nosem reaguje przyspieszeniem. Ćwiczę z nim cofanie z trzeciej strefy na ruch carrotem przed pyskiem, żeby zrozumiał o co chodzi.

Poza tym szlifujemy jeża i driving, bawimy się we Friendly Game z różnymi rzeczami, jojo wychodzi coraz lepiej, czyli koń chodzi w coraz równiejszej linii w obie strony. Pozwala już dotykać wszystkich nóg, przednie podnosi na dotyk kasztana, nad tylnymi nadal pracuję. Ogólnie się chłopak cywilizuje :)

Od tygodnia niestety nasze wizyty upływają pod hasłem weterynarii, ponieważ koń złapał jakieś skórne paskudztwo, ma takie jakby strupki na całym grzbiecie i zadzie i coś innego na nosie. Najpierw smarowałam to Manusanem, Polleną JK i zdrapywałam strupki, ale nic to nie dało. Wczoraj była weterynarz i powiedziała, że nie wie, co to może być :/ To na nosie to prawdopodobnie uczulenie na słońce (Dżamal ma tam odmianę, więc skóra jest delikatniejsza), od którego zrobiły się ranki i wlazł w to jakiś grzyb. Musiałam mu to namoczyć Manusanem i zdrapać - jak się pewnie domyślacie nie było to dla niego zbyt przyjemne. Ale postanowiłam się nie zrażać i potraktowałam to jako ekstremalne Friendly Game. Tarłam nos gąbką rytmicznie tak długo, aż czułam w koniu jakąś zmianę, odpuszczenie i wtedy przestawałam. Młody się bardzo starał, przeżuwał i w kółko ziewał, starał się wykombinować, jak należy sobie poradzić z tą sytuacją. Co jakiś czas zdrapywałam mu kolejnego strupa, co go bolało, w dodatku w tym celu musiałam go trochę łapać za nos a'la drapieżnik, co też było dla niego z pewnością nieprzyjemne. Ale byłam z niego bardzo dumna, bo szybko schodził z adrenaliny i starał się współpracować.

Potem popsikałam go efektywnymi mikroorganizmami w sprayu (od razu zaliczyliśmy odczulanie na spray), a na koniec posmarowałam pysk i grzbiet Mastijetem. Jedziemy jutro zobaczyć, czy te zabiegi przyniosły jakiś skutek. W poniedziałek ma być znowu wet. Postanowiłam, że poza wszystkim zrobię mu badania krwi i włosa, żeby zobaczyć, czy nie brakuje mu jakichś minerałów czy witamin, albo, czy nie ma czegoś za dużo. Może na przykład brakuje mu wapnia, bo ostatnio wsadził pysk do wiadra z wapnem i musiałam mu płukać język szlauchem... :P