wtorek, listopada 29, 2011

Jazda na Grotesce

Dziś postanowiłam potrenować trochę moje umiejętności jeździeckie i świeżo nabytą podczas lekcji z Kasią wiedzę. Dlatego Dżamal bawił się dziś z Marcinem, a ja jeździłam na Grotesce.

Na początek oczywiście zaczęłam od pracy z ziemi. Groteska ma 19 lat i od dawna jest "szkółkowym" koniem u Anki - dzieci uczą się na niej PNH. Dlatego jest przyzwyczajona do tego, że ludzie mówią do niej prostym językiem typu "A... B... C...". Miała bardzo zdziwiony wyraz pyska, kiedy ja zaczęłam wymagać od niej więcej i mówić pełnymi zdaniami :) Prawie non stop przez całą zabawę mlaskała. Jej koniobowość oceniam jako RBE, zresztą jęzor przy ciamkaniu wywalała niemal na całą długość. 

Zabawa w "dotknij nosem" była dużym wyzwaniem, Groteska nie za bardzo rozumiała co ma robić. Kiedy podeszłam z nią do kłody drewna, w końcu wykombinowała, żeby wejść na nią nogami. Pochwaliłam ją i widziałam, że zapaliło jej się w głowie światełko "A, to o to chodziło, już łapię." Od tego momentu szło łatwiej, coraz żwawiej chodziła od punktu do punktu i wąchała albo próbowała wejść na coś nogami. Nie wiem, co ja takiego wyzwalam w koniach, ale po chwili ona również nabrała tego samego zwyczaju, co Dżamal, czyli "dryfowania" w kierunku jakichś interesujących opon czy innych obiektów i parkowania przy nich, kombinowania jak je rozebrać na części pierwsze i włażenia w nie nogami :P

Później bawiłyśmy się w "stick to me", czyli koń ma się mnie trzymać i naładować moją szybkość, zmiany tempa itp. Dość szybko udało nam się zgrać, więc przeszłam do okrążania (wokół opon, które niedługo miały posłużyć do schematu ósemki). Kiedy podniosłam energię i poprosiłam o kłus, koniowi włączyła się trochę adrenalina i było trochę fikania, co potraktowałam jako dobry znak - nigdy nie widziałam, żeby reagowała tak przy dzieciach, więc widać jednak nawiązałyśmy jakiś kontakt i uzyskałam trochę szacunku. Przy travelling circles weszła trochę w prawą półkulę i zaczęła furkotać, więc pochodziłam z nią trochę w stępie i kłusie i powoli się uspokoiła. Później zrobiłam z nią schemat S-ki oraz ósemki w stępie - wychodziło całkiem nieźle. Uznałam, że jestem gotowa na wsiadanie.

Jazda przebiegła spokojnie, dużo stępa i trochę kłusa. Najpierw ćwiczyłyśmy schemat podążania wzdłuż ściany, kilka razy zastosowałam widzę stabilizującą (nowy pomysł Lindy - Steady Rein, opisany w ostatnim numerze Savvy Times) i całkiem nieźle działało. Przez większość czasu korygowałam jednak carrot stickiem (oczywiście po zastosowaniu wcześniejszych faz). Do tego schemat miliona przejść, czyli zmiany tempa, zatrzymania, cofania. Najgorzej szło cofanie. Bez problemu mogłam zrobić 9-cio stopniowe cofanie (na krótkich wodzach), ale przy użyciu samych nóg + energii, tak jak z Saperem, było sporym wyzwaniem. Będziemy nad tym jeszcze pracować.

Potem chciałam spróbować schematu koniczynki, ale szedł bardzo słabo, więc sobie darowałam - zostawimy to na później. W związku z tym przeszłyśmy do schematu ósemki - ćwiczyłam to z ziemi, więc miałam nadzieję, że z siodła pójdzie dzięki temu łatwiej. Byłam dość zadowolona - skręcanie w jedną stronę szło lepiej niż w drugą (bo było w kierunku stajni jak sądzę), ale pod koniec miałam wrazenie, że Groteska zaczyna łapać o co chodzi. Wydaje mi się, że ciamkała parę razy, ale z siodła jest to bardzo trudno zauważyć.

Później spróbowałam trochę pokłusować. Początkowo szło opornie, zresztą czwarta faza w postaci stukania po zacznie nie działała w ogóle. Może to kwestia przyzwyczajenia do tej fazy w stylu uderzania stringiem po sobie, a potem po koniu, a może brak szacunku - trudno mi powiedzieć. Po pewnym czasie udało nam się uzyskać  miarę stabilny kłus i po jednym okrążeniu, kiedy udało mi się (jak sądzę) dobrze usadzić, Groteska się nagle bardzo rozluźniła, spuściła nos do ziemi, rozciągnęła się, zaczęła najpierw mlaskać, a potem ziewać. Byłam zachwycona! Postanowiłam w związku z tym przejść do stępa, koń był nadal rozluźniony, więc przeszłam do lekcji pasażera. Pochodziłyśmy sobie trochę, koń poziewał, został poczochrany przeze mnie i skończyłyśmy na tym zabawę.

czwartek, listopada 24, 2011

Energia i skupienie

We wtorek był właśnie ten lepszy dzień :) Dżamal zobaczył mnie z daleka i podszedł bez pośpiechu, patrząc na mnie z uszami do przodu - jak ja lubię ten widok! Ostatnio robi tak, że się witamy, chwilę pieszczotek, potem koń patrzy na mnie i rusza w kierunku bramy. No to ja grzecznie idę z nim, skoro zarządził, że idziemy się bawić :) Dopiero przy bramie nakładam mu halter - tym razem postanowiłam zrobić to, klęcząc (tzw. haltering from knees). Dżamal uprzejmie pochylił łeb, dał sobie w ten sposób nałożyć i zawiązać halterek, choć robiłam tak pierwszy raz. Gdzie te czasy, kiedy musiałam go dłuższy czas prosić, żeby w ogóle przysunął do mnie nos na czas "halterowania."

W drodze na padok spotkała nas niespodzianka - ponieważ Anka robi drobne przeróbki w obejściu (może niedługo będzie hala!), wokół placu został wykopany głęboki rów. Dżamal oczywiście furkotał, ale bez przesadnej paniki. Po chwili namawiania przeskoczył rów, jakby to była wysoka przeszkoda.

W ramach rozgrzewki trochę połaziliśmy po padoku, starałam się ćwiczyć to, czego uczyła mnie Kasia z siodła, czyli przyspieszać i zwalniać stępa własną energią. Na początku Dżamal nie zwracał na to większej uwagi, ale po chwili jakby "załapał" i od tego momentu już cały czas świetnie się dostosowywał do mojej energii - tak, jakby pomyślał "aha, rozumiem, teraz muszę się bardziej skupić, bo zaczęłaś jakoś ciszej mówić". Oczywiście dużo przeżuwał. Później urozmaiciliśmy zabawę o fragmenty "stick to me" - koń ma za zadanie iść blisko mnie, tak, żebym cały czas pozostawała w tej samej jego strefie. Kiedy skręcam w jego kierunku, powinien ustąpić, a kiedy odchodzę od niego, ma przyspieszyć, żeby na zakręcie nie zostać w tyle. Kasia pokazała mi, jak konia pospieszać, jeśli jest bardziej z tyłu, niż powinien - należy odwrócić się przez ramię w kierunku zadu, jednocześnie zmieniając kierunek, a jeśli koń nie przyspieszy, popędzić go carrotem. Działało idealnie, po kilku zwrotach Dżamal sam ruszał kłusem, żeby nadążyć. Kiedyś próbowałam to robić po swojemu i nie miałam aż tak dobrych efektów.

Cały czas starałam się pamiętać o tym, czego uczyła mnie Kasia - żeby być rozluźnionym i skupionym jednocześnie. Nawet mi się to trochę udawało, z Dżamalem jestem bardziej zgrana niż z Saperem, dlatego pewnie jest mi łatwiej. Muszę powiedzieć, że nawet taka mała zmiana zrobiła dużą różnicę - koń wydawał się bardziej na mnie wyczulony i jakby zadowolony - nie wiem, jak to dokładnie określić, jakby chętniej robił to, o co go prosiłam. W związku z tym postanowiłam poćwiczyć zmiany kierunku i przyciąganie konia. Ogólnie ważną koncepcją jest to, żeby konia angażować, a nie odangażowywać. Na pierwszym poziomie uczymy się przede wszystkim odangażowania, ponieważ chcemy być bezpieczni, chcemy móc w każdej chwili konia uspokoić i "wyłączyć", oduczyć go automatycznego ruchu na przód, osiągnąć kontrolę. Jednak na późniejszych etapach znacznie bardziej interesuje nas zaangażowany koń, którego energią moglibyśmy odpowiednio kierować. Do tego potrzebne jest m.in. dobre przyciąganie, a także ustawianie konia w taki sposób, żeby zaangażował zad (np. cofanie). Spróbowałam zrobić zmiany kierunku i przywoływanie konia na kole tak, jak pokazywała mi Kasia. Było lepiej niż dotychczas, ale musimy nad tym jeszcze popracować.

Kolejną rzeczą, której chciałam spróbować, były chody boczne w moim kierunku. Zawsze uważałam to za najbardziej cool rzecz, jaką można robić z koniem, ale kompletnie nie wiedziałam jak się do tego zabrać. Po prezentacji przez Kasię okazało się to zupełnie łatwe - udało mi się to zrobić z Dżamalem już za pierwszym razem - nie były to może bardzo równe chody boczne, ale byłam bardzo zadowolona. Oczywiście wcześniej uczyłam go podchodzić do pieńka w celu wsiadania, ale tam przestawiałam tylko zad, w dodatku stałam w miejscu.

Mam taką refleksję, jak chyba już kiedyś wcześniej, że najlepszym dowodem na to, że PNH to nie żadna tresura czy nauka sztuczek, ale prawdziwy język, są takie sytuacje, kiedy przychodzę do konia, żeby zrobić z nim coś zupełnie nowego, a on od razu to łapie i po prostu wykonuje. Ważne jest, żeby i koń, i człowiek byli do tego gotowi, ale jeśli tak jest, takie rzeczy wychodzą bez wysiłku. Ja mówię, a koń myśli "ach, rozumiem, mam postawić nogi tak i tak, teraz mam podejść, a teraz się odsunąć". I już :)

Jako, że tak dobrze nam szło i zgraliśmy się, postanowiłam wziąć Dżamala do roundpenu i pobawić się na wolności. Zrobiłam chwilę okrążania i nie próbował wyskoczyć ani nie zatrzymywał się w kierunku "do stada", spokojnie sobie chodził. Później było trochę stick to me oraz przyciągania - to drugie zdecydowanie wychodzi gorzej. Sprawdziłam, czy działa jeż na ogonie bez halterka - działa, choć trochę musiałam sobie pomóc carrotem.

Podczas tego spotkania Dżamal bardzo często ziewał, zresztą ostatnio notorycznie się to zdarza. Bardzo mnie to cieszy, bo to znaczy, że coraz bardziej się rozluźnia i nawet, jeśli produkuje trochę adrenaliny, to zaraz się jej pozbywa. Zawsze, jak ustawiam go przy pieńku do wsiadania i zaczynam się przewieszać, to ziewa :)

Na koniec tego udanego dnia wybraliśmy się na miły spacer z wieloma przerwami na pasienie się.

Ciąganie za ogon

Nie pisałam jeszcze o dwóch ostatnich spotkaniach z Dżamalem. Za każdym razem przychodzi do mnie z większej odległości na pastwisku, co bardzo mnie cieszy - chyba chce być ze mną :) W niedzielę nie był chyba jednak do końca w nastroju na zabawy, a może ja byłam bardziej spięta niż zwykle, w każdym razie jakoś nie mogliśmy się dogadać. Chciałam poćwiczyć z nim okrążanie i million transitions, ale chociaż w stępie szło nieźle, nawet przeskakiwał bez problemu opony po drodze, miałam luz na linie, to przy wyższych chodach zaczynał wariować. Pierwszy raz się zdarzyło, żeby galopował tak szybko, żebym nie była za nim w stanie nadążyć, przewrócił nawet stojak na przeszkody, o który zahaczyła się lina, a zazwyczaj zatrzymuje się, kiedy czuje opór tego typu. W związku z tym szybko przerodziło się to w szarpaninę, tak że jeszcze przez dwa dni potem bolały mnie ręce.

W pewnym momencie poczułam rosnącą frustrację i zdecydowałam, że to najlepszy sygnał, żeby darować sobie zabawy tego typu i przejść do czegoś spokojniejszego - to najwyraźniej nie był nasz dzień. Kiedy tylko poprosiłam Dżamala, żeby stał spokojnie, kompletnie zeszły z niego emocje i zaparkował na ujeżdżalni bez żadnego problemu. Czasem nie rozumiem tego konia :) To pewnie oznacza, że ja sama coś robię, co powoduje przynajmniej część tych zachować (tak się zazwyczaj okazuje). W każdym razie postanowiłam nauczyć go ustępowania od jeża na ogonie, czyli cofania się, kiedy go ciągnę za ogon. Dzięki temu, że przećwiczyłam to z Saperem, miałam więcej odwagi, żeby stanąć bezpośredni za koniem, w "strefie zagrożenia". Kiedyś Dżamal był bardzo niepewny w okolicach tylnych nóg i reagował panicznie, kiedy coś się z nimi działo, więc bałam się tak ustawiać, ale to już chyba minęło. W każdym razie nic mi się nie stało, koń był bardzo spokojny i skupiony. Brałam w dłoń kilka włosków u nasady ogona i, stosując fazy, ciągnęłam do siebie, robiąc jednocześnie pół kroku w tył. Jeśli koń nie szedł, robiłam delikatne jojo liną - za każdym razem skutkowało. Nagradzałam nawet najmniejszą próbę, przeniesienie ciężaru. Po kilku próbach Dżamal w miarę załapał o co chodzi, a kiedy później chciałam się pochwalić Marcinowi, zrobił piękne3 kroki w tył na lekką fazę :) Niestety prowadzenie za grzywę nie idzie nam tak dobrze, ale to tylko kwestia czasu jak sądzę.

Nie była to najbardziej udana z naszych zabaw, ale myślę, że nie zawsze może być idealnie. Udało nam się zrobić trochę rzeczy, ale nie czułam takiego kontaktu, jak zazwyczaj - teraz bez tego już nie jest tak fajnie :)

Natural Power of Focus - jazda na Saperze nr 3

W zeszłym tygodniu miałam przyjemność uczestniczyć w kolejnej lekcji z Kasią i Saperem - było jak zwykle wspaniale. Zaczęliśmy z ziemi, Kasia pokazywała mi jak efektywnie robić rozgrzewkę, a później ćwiczyłyśmy ósemki i zmiany kierunku. Oczywiście wszystkie te rzeczy robiłam już wiele razy, ale tym razem poprzeczka była podniesiona o jedno oczko do góry i okazało się, że jest to dla mnie duże wyzwanie. Przede wszystkim skupienie, focus. Muszę być z jednej strony skupiona, sterować swoją energią i intencją, a z drugiej strony muszę się rozluźnić. Wbrew pozorom nie jest to takie łatwe, przynajmniej dla mnie. Kiedy proszę konia o coś, to się "zbieram w sobie", ale jednocześnie spinam. Kasia twierdzi, że być może dlatego mam czasem problem z tym, że Dżamal wariuje mi na linie, bo też nie może się rozluźnić, kiedy ja mam cały czas napięcie w sobie. Druga sprawa to pozycja neutralna - też niby wiem o co chodzi, ale kiedy pracuje się z koniem na wyższych poziomach, to wszystko powinno mieć coraz lepszą jakość. W końcu jeśli staramy się komunikować jak najsubtelniejszymi sygnałami, to nasza mowa ciała też musi być coraz bardziej subtelna. Kiedy uczymy konia nowych rzeczy, to nasze gesty muszą siłą rzeczy być przerysowane, ale potem trzeba dążyć do przekazywania sygnałów energią i intencją. Np. kiedy chcę, żeby koń cofnął, muszę również myśleć o cofaniu. Trudny orzech do zgryzienia.

Później przeszłyśmy do jazdy. Przez całą lekcję ćwiczyłam schemat koniczyny. Polega to na tym, że na środku każdej ściany skręcamy zawsze w lewo lub zawsze w prawo, dojeżdżamy do końca ściany i znów skręt. W ten sposób wykonujemy serię wolt, pomiędzy którymi są odcinki prostej. Jest to idealne dla wszystkich koni: krótkie konie wydłużają się na prostych odcinkach, a długie konie skracają się przy zakrętach. Dodatkowo na środku, w miejscu przecięcia wszystkich "listków" koniczyny, znajduje się punkt X. To jedyne miejsce, gdzie można dokonywać jakichkolwiek zmian, np. zatrzymać się, zmienić chód, zmienić kierunek wykonywania koniczyny.

No i oczywiście zaczęły się schody. Jako, że nie jestem stworzona do wykonywania schematów i zawsze mi się wydaje, że konia one nudzą (to pewnie projekcja mojego podejścia), trochę zajęło, zanim "wczułam się" w podążanie cały czas tym samym śladem. Najpierw musiałam sama nauczyć się schematu, co przy osobie notorycznie mylącej prawo z lewo wyglądało momentami komicznie. Kiedy zaczynałam się skupiać na swojej energii i dosiadzie, zapominałam o skręcaniu w odpowiednim miejscu. Kiedy skręcałam w dobrym miejscu, to później wykręcałam w złym kierunku. Czasem nie udawało mi się przejechać dokładnie przez środek, czasem nie dogadywałam się z koniem co do kierunku skrętu i on szedł w prawo, a ja w lewo, więc traciłam równowagę. Było wesoło :) Kiedy udało mi się opanować siebie, konia i schemat w stępie, przeszliśmy do kłusa. Później poprzeczka znów została podniesiona - miałam dodawać w kłusie na długich ścianach, a skracać na woltach. Co jakiś czas zatrzymywałam się w środku, ale niekoniecznie wtedy, kiedy Kasia chciała, bo przy szybkiej jeździe na skrzypiącym Wintecu nie było jej zawsze słychać. Udało mi się zrobić jedno naprawdę dobre zatrzymanie, bo myślałam, że będziemy przyspieszać, a tymczasem Kasia nagle dała komendę "stop" i zrobiliśmy z Saperem piękne zatrzymanie z podstawieniem zadu. Potem mi się już nie udało tego powtórzyć, bo przy przejeździe przez środek cały czas się zastanawiałam, "czy teraz się zatrzymamy" - zupełnie jak koń :P

Po jeździe byłam zupełnie mokra, Saper też się trochę spocił. Mam dużo rzeczy do przemyślenia.