poniedziałek, czerwca 20, 2011

Ta straszna plandeka

Ostatnio zabawy dobrze nam idą, jest więcej energii i zrozumienia między nami, czuję też, że Dżamal ma do mnie większy szacunek niż kiedyś. W związku z tym zaczęłam myśleć o nagraniu zaliczenia L2 z ziemi. W czwartek ustawiłam sporo zabawek na padoku (w tym plandekę) i chciałam poćwiczyć wykonanie obowiązkowych elementów i zastanowić się, jakie zabawy chcę pokazać na filmie. Okazało się, że jak zwykle musiałam zmodyfikować moje plany ze względu na relację z koniem :)

Dżamal, jak za każdym razem do tej pory, zachowywał się, jakby widział plandekę pierwszy raz na oczy. Ani myślał na nią wchodzić, a nawet dotykanie nosem było zbyt przerażające. Jak raz niechcący dotknął jej kopytem i zaszeleściła, to wykonał dziki skok, wyrwał mi się i pogalopował przed siebie. Okazało się, że lina, ciągnąca się po ziemi, jest również koniożerna. Tak więc po tym, jak go złapałam, prosiłam go o przechodzenie nad liną, żeby się z nią oswoił (przecież wcale nie bawimy się od roku przy użyciu sznurków...). Zajęło mi to z 10 minut, zanim zaczął jako tako spokojnie robić przeciskanie nad liną, leżącą na ziemi. Nie wiem, co się stało, że tak bardzo stracił pewność siebie, ale mam nadzieję, że udało mi się mu w pomóc w odzyskaniu jej.

Potem wróciliśmy do plandeki. Postanowiłam wykorzystać moją nową "strzałę w kołczanie", czyli traktować Dżamala jak 100-procentowego RBI, który wymaga czasu, cierpliwości i wycofywania się. Poza tym starałam się moją mową ciała dawać mu wsparcie i pokazywać, kiedy robi coś dobrze. Na plandekę wchodziliśmy przez ponad godzinę. Po 30 minutach przywlokłam beczkę, żeby sobie usiąść (mam krzywy kręgosłup i stanie przez dłuższy czas jest dla mnie dość bolesne). Była to dla mnie trudna próba cierpliwości, ale wiedziałam, że Dżamal tego potrzebuje. Przy okazji poćwiczyłam sobie wysyłanie konia na plandekę na siedząco :) W pewnym momencie Dżamal stał czterema nogami na plandece chyba przez 10 minut, aż w końcu zadał mi pytanie. Wtedy delikatnie poprosiłam go o ruch do przodu i przeszedł przez plandekę do końca.

Ważnym elementem było też nauczenie go cofania po plandece, która szeleściła, kiedy powłóczył po niej kopytami. Czyli ciągle schemat - wysłanie, przyzwolenie, jeśli koń się stara to czekam, jeśli utknął, to go cofam i od razu wysyłam ponownie. Co jakiś czas zostawiałam go na dłużej, aż zadał mi pytanie albo przestał zamykać się w sobie. Dużo przeżuwał, więc myślę, że było to dla niego ważne. Nie wiem, czy moja cierpliwość zostanie nagrodzona - mam nadzieję, że następnym razem pójdzie nam łatwiej z plandeką, a Dżamal doceni to, że potrafię wyczuć jego nastrój i potrzeby oraz się do nich dostosować (na tyle, na ile umeim). 

Horse doesn't care how much you know, before he knows how much you care. 
Koniowi nie zależy na tym, ile wiesz, dopóki nie wie, jak bardzo ci zależy.


W piątek zaczynają się moje 10-dniowe wakacje na Anka Rancho, nie mogę się doczekać!

A tu jeszcze trochę starszych zdjęć z kwietnia:











2 komentarze:

Milenka pisze...

Brawo! Super:) Gratuluję wytrwałości:)

Unknown pisze...

Spieszę donieść, że cierpliwość się opłaciła i teraz przejście przez plandekę zajmuje nam 3 minuty zamiast godziny :)