czwartek, grudnia 16, 2010

Zimowe zabawy

Okazuje się, że zima to świetny czas na zabawy z końmi :) Dziś było super, śnieg, mróz, ale nie zmarzłam. Dżamal bardzo ucieszył się na mój widok, sam podszedł i wsadził łeb w kantar - nudzi się chyba na małym padoku, jak zresztą reszta stada, która miała ochotę również pójść się pobawić. 

Poszliśmy sobie na pokryte śniegiem pastwisko, wzięłam z nami piłkę - Dżamal umie ją już nieźle kopać. Miejscami pod śniegiem były zamarznięte kałuże, więc koń szedł trochę niepewnie, ale wyraźnie podobała mu się wycieczka. Na bardziej pewnym gruncie postanowiłam go trochę poruszać, bawiliśmy się w travelling circles w kłusie (ja idę, a koń mnie okrąża), co jakiś czas zmiana kierunku - nad tym musimy jeszcze popracować, bo wychodzi bardzo różnie. 

Doszliśmy do końca pastwiska i się zaczęło... Nie wiem czemu, ale w tamtej okolicy Dżamal zawsze dostaje małpiego rozumu, nakręca się, ma masę adrenaliny, zaczyna biegać i szarpać linę. Wystarczy niewiele, żeby wszedł w prawą półkulę, ale nie wydaje mi się, żeby cała sprawa wynikała ze strachu, może raczej lekkiej niepewności, która skutkuje takimi zachowaniami, zresztą sama nie wiem. Jakiś czas temu mi się w takiej sytuacji wyrwał, a potem galopował przez pięć minut jak szalony, szukając stada. Dziś jednak udało mi się go opanować (w głębokim śniegu trudniej szybko biegać), trochę go uspokoiłam, ale o okrążaniu nie było mowy. Dopiero, jak przeszliśmy bliżej stajni, uspokoił się i nie było już problemów. Poćwiczyliśmy trochę chody boczne bez płotu - wychodziły zaskakująco dobrze.

Potem znów bawiliśmy się piłką, chciałam, żeby Dżamal nauczył się kopać ją do mnie. Parę razy się udało, ale raczej przez przypadek :) Potem turlałam piłkę po koniu i nie robiło to na nim szczególnego wrażenia. W końcu wpadłam na pomysł, żeby go nauczyć przesuwania piłki tylnymi nogami, ale udało mi się tylko nakłonić go do lekkiego dotknięcia. Staram się robić różne ćwiczenia, które będą zwiększały jego pewność siebie wokół tylnych nóg i jest coraz lepiej. Później wpadłam na pomysł, żeby poprosić Dżamala o chody boczne nad piłką. Raz prawie się udało - mam wrażenie, że koń doskonale rozumiał o co proszę, ale nie był wystarczająco pewny siebie, żeby to zrobić. Za to, kiedy prosiłam o chody boczne, zaczął naprawdę pięknie kopać piłkę! Podnosił wysoko nogę i kopał ją daleko i w prostej linii :) Zainteresował się nią też bardziej, zaczął ją ugniatać pyskiem i obwąchiwać.

Na koniec ćwiczyliśmy jeża na potylicy oraz na nosie. To drugie wychodziło tak sobie, bo głowa Dżamala wykonywała dużo efektownych manewrów, skrętów i tańców, żeby tylko nogi się nie cofnęły. Przez cały czas międlił jęzorem, trochę podobnie jak przy przeżuwaniu, ale jednak inaczej. Udało się go parę razy cofnąć - kiedyś wychodziło to bez problemu, teraz Dżamal bardziej kombinuje - może to w ramach testowania mnie :)

Przed odprowadzeniem na padok wyczyściłam mu jeszcze kopyta - podaje ładnie wszystkie cztery i grzecznie stoi, jestem z niego bardzo dumna (i z siebie też, bo boję się robienia czegokolwiek przy końskich nogach).

piątek, listopada 19, 2010

Puchaty Dżamal

Jedno zdjęcie na szybko - Dżamal jest znacznie bardziej puchaty niż zimą zeszłego roku, kiedy było -30 stopni. Co nas czeka w tym roku?!


Od Skrzynka

niedziela, listopada 14, 2010

Piłka i zabawy w ulewnym deszczu

Pogoda nie sprzyja ostatnio zabawom, ale cóż począć – do maja nie spodziewam się szczególnej poprawy. Dlatego, niezrażona ulewnym deszczem i błotem po kolana, uzbrojona w walonki oraz nieprzemakalną kurtkę i spodnie, ruszyłam po Dżamala na pastwisko.

Koń jak zwykle udawał, że mnie nie widzi, ale pasł się akurat przez przypadek w moim kierunku (zazwyczaj przez przypadek pasie się w dokładnie przeciwnym kierunku). Kiedy podeszłam bliżej, podniósł nawet głowę i na mnie popatrzył. Zrobiłam wtedy parę kroków w tył. Wrócił do jedzenia, więc zaczęłam go obchodzić półkolem. Obrócił się do mnie pyskiem i podszedł, ja się cofałam, aż dotknął mojej wyciągniętej dłoni. Pogłaskałam go i zaproponowałam założenie haltera, ale nie był zainteresowany, odszedł ode mnie. No więc ja poszłam za nim, ale tak, że byłam za jego zadem. Przybrałam pozę „przyczajony tygrys, ukryty smok” i kiedy koń nadal nie zwracał na mnie uwagi, został pacnięty stringiem (czyli z jego punktu widzenia ugryziony w zadek). Podbiegł szybko parę kroków, więc ruszyłam za nim. Moja poza podziałała tym razem w ten sposób, że Dżamal ruszył kłusem, a potem galopem (od samego mojego przyczajenia się :P ). Zatrzymał się kawałek ode mnie, ale dla odmiany bokiem. Widać było, że kombinuje jak wyjść z tej sytuacji. Kiedy byłam bliżej, zaczęłam znów zachodzić go od zadu, ale on szybko się obrócił do mnie pyskiem. Uśmiechnęłam się, zmieniłam kierunek i zaczęłam iść łukiem z drugiej strony. Znów się obrócił. Po paru takich manewrach podszedł do mnie, znów się przywitaliśmy, byłam bardzo zadowolona. Jednak przy próbie założenia halterka znów były dąsy. Doszłam do wniosku, że w takim razie nie będę go na razie zakładać i po prostu ruszyłam przed siebie. Dżamal poszedł za mną. Oddaliliśmy się od stada, on szedł parę metrów za mną, co jakiś czas się zatrzymywał, wtedy na niego zerkałam i znów za mną podążał. Byłam zachwycona! W końcu ponownie zaproponowałam halter. Cofnął się o krok, więc ja też cofnęłam się o krok. To chyba dużo dla niego znaczyło, bo bardzo długo porzeżuwał. Poczekałam, aż przemyśli sprawę i znów podeszłam z halterkiem. Tym razem bez problemu udało się go nałożyć, koń nie wyrażał sprzeciwu i miękko oddał głowę.

Po drodze na plac zabaw ćwiczyliśmy trochę chody boczne, które w jedną stronę wychodzą lepiej bez płotu niż z płotem, a w drugą stronę nie wychodzą w ogóle. Na padoku nie było zbyt pięknie – błoto i woda, lina nasiąkła momentalnie i była potwornie ciężka, a w związku z tym słabo reagująca. W dodatku walonki wsysało mi błoto, raz nawet na tyle skutecznie, że but został w błocie, a ja poszłam stopą w skarpetce dalej... Ale czego się nie robi dla swojej pasji :P Miałam jednak do zabawy nową atrakcję – piłkę (kupiłam fioletową, pod kolor halterka), a także płachtę (niestety nie pod kolor).

Zaczęliśmy od krótkiego sprawdzenia stanu psychicznego konia (zgodnie z radą Kasi). Okazało się, że jeż na przód i tył działa od pierwszej fazy, koń jest bardzo leciutki, czyli – jak sądzę – skupiony na mnie. Przeszłam w takim razie do bardziej energicznych zabaw, Dżamal nie miał wielkiej ochoty na bnieganie po tym błocie, ale szybko się rozgrzał i było nieźle. Bardzo mi się podoba to, że kiedy lina zaplątuje się na jakiejś przeszkodzie, Dżamal to czuje i zmienia kierunek, ustępuje od presji, zamiast na nią napierać. Widziałam to na filmach z Lindą, która wysyłała konia na około drzewa i kiedy on czuł opór na linie, zmieniał kierunek i wracał. Mój arabek też tak umie :) Co prawda na razie taka sytuacja wprowadza go w konsternację i patrzy na mnie tymi swoimi ciemnymi oczami i nastawia uszy, pytając czy dobrze zrobił. Bardzo się cieszę za każdym razem, kiedy zadaje mi pytanie, bo to świadczy o naszym kontakcie i jego podejściu do mnie jako do lidera.

Piłka na początku nie zrobiła na nim wielkiego wrażenia. Obwąchał ją, po czym oparł na niej pysk i poszedł spać... Robiłam nią Friendly i po chwili mogłam nią turlać po jego grzbiecie bez większych problemów. Trochę był niepewny, ale w sumie ją akceptował. Nie był jednak jakoś szczególnie nią zainteresowany. Stanęłam przed dylematem co z tym fantem zrobić. Przy zabawie w zaprzyjaźnianie koń wyraźnie się nudził, a nie chciał dotknąć piłki nogą. Hmm.Pamiętając słowa Kasi, postanowiłam więcej od niego wymagać i wprowadzić dynamikę. Bardziej stanowczo poprosiłam go o dotknięcie piki nogą, chciałam go nauczyć kopania jej. Na początku nie chciał, przechodził obok niej, więc konsekwentnie go do niej doprowadzałam i prosiłam, żeby się bardziej postarał. Na początku mnie olewał, ale potem się zainteresował widząc, że chyba naprawdę czegoś chcę. Kiedy już skupił się na mnie, wszystko poszło łatwo. Już po chwili kopał piłkę raz jedną, raz drugą nogą, pytając mnie, czy dobrze zrobił i co teraz. Nie była to może dzika zabawa, ale mój arabek wreszcie zaczął się ze mną bawić.

Potem biegaliśmy sobie po placu zabaw, wpadając na różne przedmioty. Dżamal z własnej inicjatywy przeskoczył przeszkodę z opon, więc potem parę razy do niej wracaliśmy i nauczyć się ładnie przez nią przechodzić. Ćwiczyliśmy znów płacht, tym razem dosyć szybko Dżamal zdecydował się po niej przejść, ale tylko w jedną stronę. Bawiliśmy się też w energiczne chody boczne, z różnym skutkiem, ale chyba koń zaczyna powoli łapać o co w tym chodzi. Kiedy już kończyliśmy, podeszłam z nim znów do płachty, prosząc o przejście w drugą stronę. Miał z tym spory problem, ale mu się udało. Dostał ode mnie przysmak w nagrodę, a po chwili sam z siebie przeszedł znów przez płachtę i podszedł zapytać, czy może należy się za to ciasteczko?

Ogólnie byłam bardzo zadowolona z zabawy, mam wrażenie, że Dżamal zwraca na mnie rochę więcej uwagi i zaczynamy łapać kontakt.

piątek, października 29, 2010

Wchodzenia na płachtę

W czwartek bawiłam się z Dżamalem pierwszy raz po naszej lekcji. Postanowiłam powtórzyć to, co robiłam wspólnie z Kasią. Najpierw poszłam na pastwisko. Koń zachowywał się znacznie lepiej niż zwykle, obracał się za mną i w końcu podszedł. Kiedy jednak chciałam mu założyć halter, odmaszerował. W związku z tym stanęłam w jego 5 strefie (za zadem), zrobiłam pozę "przyczajony tygrys, ukryty smok" i pacnęłam go stringiem w zadek. Ruszył kłusem i poszedł sobie na drugi koniec pastwiska, do drugiej części stada. Niezrażona, poszłam za nim. Przy okazji trenowałam sobie celność machania carrot stickiem oboma rękami, wybierałam sobie jakiś cel i starałam się w niego trafić. Na początku miałam spory rozrzut, ale dość szybko osiągnęłam niezłą celność :) Warto jednak czasem wracać do takich podstaw i sprawdzać, czy coś się nie popsuło.

Kiedy dotarłam do Dżamala, bardzo ładnie wychodziło nam "face and turn", czyli obracanie się do mnie pyskiem, kiedy krążyłam wokół niego. Tym razem nałożenie halterka nie było problemem, może też dlatego, że znacznie dłużej bawiłam się w łapanie i wymagałam od niego dużej ilości okręcania się za mną. Ruszyliśmy do stajni. Po drodze zauważyłam torebkę foliową i postanowiłam wykorzystać ją do zabawy. Poprosiłam Dżamala, żeby jej dotknął. On, jak to często bywa, totalnie mnie zignorował, oglądając sobie chmury na horyzoncie. To znaczy przesuwał się na sugestię, ale udawał, że nie widzi torby. Postanowiłam jednak być bardziej stanowcza i nacisnęłam na niego mocniej. Okazało się, że on doskonale wie, o co mi chodzi i jak go bardziej poprzestawiałam wokół tej torebki, to podszedł i dotknął jej nosem. Score! :)

Przy wejściu na plac zabaw znajduje się wąski rowek melioracyjny. Postanowiłam cofnąć konia przez niego, w ramach uświadamiania mu gdzie ma nogi. Okazało się to nie lada wyzwaniem. Dżamal zadawał mi pytania, bał się wsadzić nogę do rowka i w ogóle czuł się niepewnie. Spróbowaliśmy więc najpierw przejść przeszkodę przodem, a potem znów tyłem. Tym razem udało się lepiej i po kilku powtórzeniach  przestało być to problemem. 

Później poćwiczyłam trochę jeża. Na początku szło słabo, koń ustępował dopiero od 4 fazy. W pewnym momencie się zablokował i nie chciał ustąpić, stał ze zgiętym łbem, ja na fazie 4, ale poczekałam chwilę i w końcu się odsunął, po czym zaczął ziewać. Chyba coś tam do niego trafiło. Jeż na przód działał lepiej, choć zdarzało mu się pójść do przodu, co zaraz korygowałam. Koń dużo przeżuwał - najwyraźniej jednak robiłam coś inaczej niż zwykle :)

Potem przeszłam do budzenia i ruszania arabka. Chodziłam po całym placu zabaw, prosząc go o kłus wokół mnie. Okazało się, że Dżamal naprawdę uczy się błyskawicznie - ani razu nie potknął się na  żadnej oponie, choć kiedyś zdarzało mu się to notorycznie. Takie bieganie przestało być dla niego jakimś wielkim wyzwaniem. Nadal jednak nie miał ochoty chodzić przez płachtę. Powtórzyłam jak mogłam najwierniej to, co robiła z nim Kasia i w końcu się udało. Za pierwszym razem też zeskoczył z niej jak oparzony, ale po kilku(nastu) powtórzeniach ładnie i spokojnie przez nią przechodził.

Czuję, że jakość naszych zabaw podskoczyła tak o jedno oczko i mam masę pomysłów na nowe, ciekawe zabawy. Nadal jednak Dżamal zwraca na mnie bardzo mało uwagi (zwłaszcza w porównaniu z tym, jak bawił się z Kasią), przez co nie nawiązuje się między nami zbyt duży kontakt. Bardzo mnie to martwi, bo taki kontakt jest dla mnie najważniejszą rzeczą w PNH i bardzo mi tego brakuje z Dżamalem - udawało mi się to z wszystkimi końmi poza nim... Ale jestem dobrej myśli, mam nadzieję, że kiedy poprawię mój leadership i poziom naszych zabaw, koń stanie się bardziej zaciekawiony i będzie miał do mnie więcej szacunku. trzymajcie kciuki za nas :)