środa, maja 21, 2014

Lekcja z Julią Opawską

Ostatnio miałam znów wspaniałą lekcję z instruktorką PNH, Julią Opawską. Tym razem trwała 2 godziny - godzinę z ziemi i godzinę z siodła. Najpierw jak zwykle rozgrzewka - "ja i mój cień", potem "spadający liść", chody boczne nad kłodą, podest, spirala - wszystko na linie 14 m. Julia podeszła do nas i powiedziała, że widzi bardzo dużą różnicę w porównaniu z poprzednią lekcją. Dżamal jest na mnie bardziej skupiony, rozluźniony i gotowy na kolejny etap - przeniesienie naszych zabaw na poziom wyżej. Brzmiało super, sama miałam poczucie, że powinnam zacząć więcej wymagać, ale nie do końca wiedziałam jak. Od tego są właśnie lekcje, żeby się dowiedzieć :) 

Ponieważ sporo problemów sprawiało nam Okrążanie z przeszkodą (zwłaszcza z beczkami), wzięłyśmy to "na warsztat". Najpierw spróbowałam z kłodą - szło w miarę, ale Dżamal w kółko zatrzymywał się przed przeszkodą albo myślał, że chodzi o grę w przeciskanie i odangażowywał zad po przejściu przez kłodę. Julia powiedziała, że muszę być bardziej stanowcza i mieć konkretny plan w głowie. Nie mogę go nagradzać za to, że w ogóle łaskawie znalazł się w okolicy kłody, muszę wiedzieć dokładnie, czego chcę i on musi zgadnąć co to takiego. Jeśli chcę, żeby szedł kłusem, to jeśli zagalopuje albo przejdzie do stępa muszę go natychmiast skorygować - bez krytycyzmu, po prostu informację "nie o to chodziło, masz iść kłusem". 

Dość szybko udało się osiągnąć ładne okrążanie z kłodą, więc przeszłyśmy do beczek - nemesis Dżamala ;) Tu oczywiście zaczęły się schody. Koń albo omijał beczki po zewnętrznej (tu musiałam trzymać krócej linę i nakierować go na przeszkodę, żeby było mu trudno ją ominąć), albo po wewnętrznej (wtedy musiałam uderzyć stringiem w miejsce, gdzie się przemknął między mną a beczką). Oczywiście ważne jest wyczucie czasu, żeby nie zrobić tego za późno. Jeśli zatrzymywał się przed skokiem, popędzałam go. Miałam udawać, że beczek nie ma, ja tylko proszę o kłus po zadanej trasie. Jeśli po drodze jest przeszkoda, to koń sam musi wykombinować co z nią zrobić. Kiedy zwiększyłam presję, Dżamal zaczął się nakręcać. Zazwyczaj w takiej sytuacji staram mu się pomóc, żeby się uspokoił. Ale Julia powiedziała, że jego emocje to jego problem - ja mam tylko cały czas stanowczo wymagać wykonania zadania, które przed nim postawiłam. Trwało to dosyć długo - co prawda skakał przez beczki, ale potem galopował, zamiast kłusować. Oznaczało to, że nadal buzują w nim emocje, nie jest w stanie spokojnie przeskoczyć i dalej iść tym samym chodem. Miałam wtedy stanowczo poprosić o powrót do kłusa. Kilka razy za wcześnie go nagrodziłam - co prawda trochę się rozluźnił, ale to jeszcze nie było to, o co chodzi. W końcu udało nam się osiągnąć względnie spokojne okrążenie i na tym skończyłyśmy lekcję z ziemi. 

Z siodła ostatnio miałam coraz większe problemy. Koń był coraz mniej sterowny, buntował się, kiedy chciałam jechać w określone miejsce, w dodatku zaczął brykać przy prośbie o kłus. Czułam, że mam tu duży problem i nie do końca wiem jak sobie z nim poradzić. Nie byłam pewna, czy wszystko robię dobrze, w sensie odpowiedniego użycia wodzy i pozostałych pomocy. Wolałam się upewnić, że w kwestiach technicznych robię wszystko poprawnie, zanim podejmę bardziej zdecydowane środki, żeby uzyskać szacunek konia z siodła.

Julia powiedziała, że pod tym względem wszystko jest ok, mam tylko kiepski dosiad (no suprises here), to znaczy kolana odstają mi od siodła i palce mam za bardzo na zewnątrz. Będzie trzeba porozciągać nogi. Rozwiązanie mojego problemu było podobne, jak z ziemi - bardzo konkretny plan i stanowczość w jego realizowaniu. I dużo schematów. Zaczęliśmy od Podążaj ścieżką. Miałam wybrać bardzo konkretną drogę, po której mamy iść wzdłuż ogrodzenia i korygować, jeśli koń z niej zejdzie - co zdarzało się bardzo często. Miałam używać więcej sticka, a mniej wodzy i kiedy Dżamal próbuje go ugryźć (a robi to często), wzmacniać presję. W stępie szło jako tako, ale w kłusie był dramat. Nie miałam dla odmiany problemu z zakłusowaniem, ale koń cały czas zbaczał ze ścieżki i wściekał się, kiedy go korygowałam. W związku z tym Julia kazała mi używać steady rein - wodzy stabilizującej. Polega ona na tym, że mamy krótkie wodze (california roll), trzymamy je w jednym ręku i kiedy koń zbacza ze ścieżki, powoli przyciągamy rękę z wodzą do biodra (po tej stronie w którą koń powinien iść). Jeśli nie pomaga, wzmacniamy stickiem. Miałam jeździć tak długo, aż koń spokojnie i bez walki zrobi całe kółko. Udało się to dopiero za trzecim okrążeniem, ale i tak byłam z nas bardzo dumna :) 

Lekcja była bardzo fajna i pouczająca. Czuję, że mam teraz narzędzia i koncepcje, które pozwolą mi nadal iść w dobrym kierunku. Julia powiedziała, że zrobiliśmy duże postępy i patrząc na Dżamala widzi innego konia. Zdaje się, że możemy już powoli myśleć o nagrywaniu zaliczenia L3 online :)

wtorek, kwietnia 29, 2014

Obóz jeździecki na Anka Rancho

W tym roku równiez zapraszam na obozy jeździeckie natural horsemanship na anka Rancho. Przez pierwsze dwa tygodnie lipca będę na obozie jako instruktorka oraz lektorka j. angielskiego (oczywiście będziemy przerabiać słownictwo jeździeckie). Serdecznie wszystkich zapraszam!

Poniżej bardziej szczegółowy opis:

Trwają zapisy na obozy jeździeckie natural horsemanship na Anka Rancho. Obozy zaczynają się 30 czerwca i będą trwały do 26 sierpnia (turnusy 1-, 2- i 3-tygodniowe). Anka Rancho mieści się w Gliniance k. Warszawy i jest stajnią prowadzoną przez doświadczoną instruktorkę, praktykującą również od wielu lat naturalne jeździectwo (PNH). Wszystkie konie, dostępne dla uczestników obozów, układane są od małego metodami naturalnymi.

Prowadzimy obozy jeździeckie dla dzieci, młodzieży oraz dorosłych. Podczas obozu zapewniamy trzy godziny zajęć z końmi dziennie - obejmuje to zarówno jazdę, jak i zabawy z końmi z ziemi na linie, według szkoły naturalnego jeździectwa. Uczestnicy biorą ponadto udział w zajęciach teoretycznych z hodowli koni i jeździectwa, prowadzonych przez zootechnika - właścicielkę ośrodka, zapoznają się też z codzienną opieką nad końmi oraz pracą w stajni, pojeniem, karmieniem koni i ich pielęgnacją. Zazwyczaj przydzielamy danej osobie jednego konia na cały pobyt, aby umożliwić każdemu nawiązanie bliższej więzi z czterokopytnym przyjacielem. Istnieje też możliwość przyjazdu z własnym koniem.

Podczas pierwszego turnusu lipcowego będziemy dodatkowo prowadzić zajęcia z j. angielskiego, związanego z tematyką jeździecką. Poziom językowy będzie dopasowany do poziomu zaawansowania uczestników.

Na koniec obozu organizujemy konkurs, w którym uczestnicy mogą sprawdzić nowe umiejętności, wręczamy również wszystkim dyplom ukończenia kursu w naszej stajni.

Więcej informacji oraz ceny tutaj: www.ankarancho.pl. Zapraszamy również do obejrzenia filmów z dwóch poprzednich obozów, nakręconych w ramach zajęć z j. angielskiego (na stronie w zakładce "obozy").

niedziela, marca 02, 2014

Kładzenie

Jako, że były ferie, ostatnio niewiele robiliśmy. Ale po przyjeździe była u Dżamala dwa razy, więc jest o czym pisać :)

W piątek była ładna pogoda, podłoże suche, więc razem z Dominiką ustawiłyśmy mały parkur na mniejszej ujeżdżalni. Najpierw bawiłam się z Dżamalem na lassie - miał dużo energii, wesoło galopował, ale się nie wyrywał, miałam kontrolę przez cały czas. Nawet trochę się spocił. Po rozgrzewce trochę poskakaliśmy. Dżamal był zdziwiony przeszkodą z kostek słomy - jak to tak skakać przez jedzenie? Parkur składał się z beczek, wysokiej cavaletki i kostek słomy. Raz czy dwa razy udało nam się nawet przeskoczyć wszystko po kolei :)

Później wsiadłam i postanowiłam poćwiczyć trochę podstawowych rzeczy, ale z nową jakością - obejrzałam ostatnio trochę filmów Pata z Freestyle. Mam wrażenie, że dawałam dzięki temu bardziej czytelne sygnały i ogólnie szło nieźle. Robiliśmy obroty przez wodzę pośrednią w kierunku płotu, milion przejść, jeździłam przy tym trochę kłusem ćwiczebnym i nawet było wygodnie. Dżamalowi nie chciało się zbytnio iść do przodu, choć parę razy zaczął się rozciągać w kłusie tak, jak z ziemi przy Okrążaniu. Jedyny problem to to, że wtedy bardzo zwalnia, zresztą z ziemi też tak jest. Próbowałam też zagalopować, ale Dżamal odpowiedział solidnym bryknięciem. Najwyraźniej jeszcze nie jesteśmy na tym etapie.

Później pobawiliśmy się w Oko Byka w stępie i kłusie. Tym razem dawałam lepsze sygnały i dzięki temu gra wyszła znacznie lepiej. Dżamal się trochę buntował jak zwykle pod siodłem, ale nie było źle. Jedyne, co budziło w nim naprawdę duży sprzeciw, to 9 step backup, czyli cofanie od dosiadu i nacisku halterka na nosie. Nie wiem czemu, ale budziło w nim to głęboki sprzeciw. Zadzierał głowę, machał szyją, chodził zygzakiem - ciężko nam się było dogadać. Na koniec przeszedł sam siebie: położył się! Byłam bardzo zdziwiona, myślałam, że może chce się wytarzać, więc szybko zsiadłam. Ale nie, leżał sobie spokojnie dalej. Poprosiłam go, żeby wstał, wsiadłam i wróciłam do ćwiczenia. Jeszcze kilka powtórek i udało nam się uzyskać cofanie na lekki sygnał. Jedyne, co trzeba jeszcze poprawić, to żeby opuszczał głowę, zamiast ją zadzierać. Trzeba przyznać, że mój koń jest jedyny w swoim rodzaju :P Jego pomysły zawsze mnie zadziwiają.

Później próbowaliśmy trochę chodów bocznych, ale raczej słabo wychodziły. Uznałam, że nie będę go już tym męczyć, zostawimy to na później. Myślę, że w mojej jeździe dobrze widać powiedzonko Pata: im lepiej koń chodzi do tyłu i w bok, tym lepiej robi wszystko inne. Dżamal właśnie przy tych dwóch czynnościach stawia największy opór - sądzę, że kiedy uda mi się to poprawić, inne rzeczy zaczną naturalnie wychodzić.

Dzisiaj miałam strasznego lenia, więc nie porobiliśmy zbyt wiele. Weszliśmy na podest, chody boczne nad kłodą i dużo głaskania po ogonie. Kiedy dość długo go głaskałam na różne sposoby, w  końcu się zirytował - miałam wrażenie, że chce coś porobić, zamiast się przytulać. Jako, że poprzednio wpadł na pomysł kładzenia się, uznałam, że to może sygnał, żeby go tego nauczyć. Nie miałam pojęcia jak to się robi po parellowemu, nie ma tego na żadnych filmach. Pat i Linda uważają, że wielu ludzi uczy koni kładzenia się, kłaniania, wspinania jako sztuczek i że nie jest to zgodne z naturalem. Widziałam wielokrotnie instruktorów PNH, którzy kładli konie i wiedziałam tylko, że robi się to poprzez grę w jeża. Chodzi o to, żeby przekazać koniowi prośbę o położenie się w naturalny sposób, a nie wyuczyć go sztuczki jak robota. Zaczęłam więc kombinować. i prawie udało mi się położyć Dżamala! Myślę, że jeszcze parę razy przy cieplejszej pogodzie, żeby piasek był przyjemniejszy i damy radę :) Robiłam to tak: podnosiłam przednią nogę, zginałam i ciągnęłam trochę do tyłu, w tym samym czasie miałam linę ja jego szyi, blisko kłębu i robiłam nią jeża w dół i trochę do tyłu. Kiedy koń przenosił ciężar ciała na zad i opuszczał głowę, odpuszczałam. Kiedy wyrywał nogę, powtarzałam, aż trochę odpuścił. Dawałam mu czas na przeżucie, a żuł naprawdę dużo. W końcu to po raz pierwszy od dawna naprawdę nowa rzecz - zazwyczaj robimy coraz bardziej zaawansowane warianty tego, co już umie.

Później zrobiliśmy czas bez wymagań. Ciesze się, że ostatnio w takich sytuacjach Dżamal często podchodzi, trąca mnie nosem i szuka kontaktu. Kiedyś odwracał się tyłem i zupełnie mnie ignorował. Teraz nawet, jak pasię się dalej, często na mnie patrzy i sprawdza, gdzie jestem :)